 |
|
|
|
Kto, do kogo, co i jak,
Jest formułą dzisiaj modną.
Przez nią to mnie trafia szlag
I mą myśl, niegdyś swobodną.
Co się kryje pod formułą?
O czym mowa, Czytelniku?
O tym, co z literaturą
Robi się dziś w podręczniku.
Mało że w nim, to na lekcjach
W szkołach naszych ukochanych
Niecierpiących słów: absencja,
Ale, przecież, jak?, dlaczego?,
Skąd to?, proszę wytłumaczyć,
Niech rozwinie pani temat,
Cóż zrobiłem?, co w tym złego?,
Chcę w praktyce to zobaczyć,
Po co robić z tego schemat?,
Jakaż tego proweniencja...
Ops! Przepraszam, trudne słowo.
Trza się ubrać na galowo.
Proweniencję zastąp słowem
Pochodzenie, będzie z głowy,
W innym razie drut stalowy
Niech ci świśnie koło czoła,
Boś za mądry. Już wesoła
Zgraja miernot tu się zbliża,
Niech do woli ci ubliża,
Obyś zgłupiał, mocium panie,
To nadrzędne jest zadanie
Naszej polskiej edukacji
Istniejącej z jakiej racji?
Tego chyba nikt już nie wie
W tym ministerialnym chlewie,
W którym wiedzę wartościową
Trza odłożyć na bok prędko,
Zaś się zająć niepotrzebnym,
|
Głupim, bezsensownym, błędnym,
Walnąć w ścianę swoją głową,
By dobić szare komórki,
Włożyć gębę całkiem nową
Ucznia, co przyjmuje bzdurki
Do ogólnej wiadomości,
A! Wybuchnę wnet ze złości!
Kto? - wszak sfera to nadawcza,
Którą trzeba dookreślić.
My błądzimy zaś po chaszczach
Naszych nonsensownych chęci.
Zamiast mówić rzeczy światłe,
Kwitujemy: Kto? Narrator!
To gadanie prymitywne
W mózgach naszych tworzy zator.
Do kogo? - to odbiorcza sfera,
A mówimy jak? Czytelnik!
Bo jak nie, to w ruch już dziennik
Gdzie się pały w rządku zbiera
Jeśli ma się giętki umysł,
A nie umysł oficera,
Co na rozkaz wciąż przystaje,
Miast dać wyraz wątpliwości
Własnej oraz odrębności
Którą Bóg mu przecież daje,
A ją zabić się starają
I mu racji nie przyznają,
Ale pranie mózgu zrobią
W imię powszechnej oświaty
I równości wykształcenia
Tak pracusia jak i lenia
Stąd pierwszy dostanie baty,
Że mówi, choć niepytany,
A drugiemu w zamian damy
Coś by aż tak się nie nudził,
Fascynacje swe rozbudził
|
Ale nie patrzeniem w sufit
Czy leżeniem na tapczanie,
Ale pseudonaukowością,
Niech się stanie!
Skąd to bierze się, u licha,
To powszechne zniewolenie
Naszych mózgów tak leczonych,
By się oduczyły myśleć,
A tak sprytnie wnet uczonych,
By wszelakie z nich myślenie
Zastąpione było tylko
Zdolnością zapamiętania
Tego kto, co, jak i komu,
Kiedy, po co, w szkole, w domu,
Nad książkami, w internecie,
Wiecie przecie.
Jeśli wciąż się będzie działo
To, z czym żyć nam dzisiaj przyszło,
Na co jeszcze nie tak dawno
Nam po prostu nie przystało
W końcu mózgi się rozmiękczą
I rozpłyną w galaretę
I poplamią nam serwetę
Tak się skończy piękny żywot
Istot nadinteligentnych:
W gronie osób obojętnych
Na bliźniego i na siebie
Ni to w piekle ni to w niebie
Będę żył ja sam. Choć nie wiem
Czy to warte będzie czego
Takie życie parnasowe
Bez dobrego ani złego
Bez światła ani ciemności
W powszechnej obojętności
Utopione z mą osobą
I, nadzieję mam, że z Tobą...
|
| |
|
|
|
|
|
To, że mi contra fa
Est diabolus in musica,
Mówili dawno,
Już w średniowieczu,
Ręce oparłszy na mieczu
Bądź też na pastorale,
Ekskomunikując w szale
Każdego muzyka,
Który zatrytonił
I w ten właśnie sposób
Przyszłość swą roztrwonił,
Bowiem liczyć nie miał
Się co z innym losem
Jak z sianem, ze smołą
I ogromnym stosem,
Na którym spłonie
Wśród krzyków gawiedzi
Nie otrzymawszy nawet
Wiernej odpowiedzi
Czy to za tryton
Los taki go spotkał
Czy za to, że w domu
Hoduje on kotka.
Wnet te rzeczy się zmieniły
Gdy się stosy wypaliły
Zaś do głosu doszły nowe
Idee renesansowe.
Więcej jeszcze zdziałał barok,
Choć ze średniowieczem trzymał,
Bowiem całe czcze gadanie
O trytonach powymywał
Swym dziwactwem operowym
W owych czasach całkiem nowym.
Dalej jeszcze wiódł klasycyzm
Z wielką trójką, którą znacie
Której wszyscy wszak słuchacie
|
Czy to chcecie czy nie chcecie
Bo przewija się po świecie
W ogólnej podświadomości
Współczesnej nawet ludności
Chociaż w formie trochu innej
Lecz my szukać temu winnej
Strony tutaj nie będziemy
Tylko dalej wnet pomkniemy.
Bo romantyzm to kolejny
Stopień jest w stronę moderny,
Która, patrzcie jakie dziwy,
Zamiast tryton na stos wsadzać,
Pomyślała wynagradzać
Tych artystów co przekornie
Sprytnie, cwanie i swawolnie
Wszędzie tryton umieszczali
I w ten sposób oddawali
Śpiew słowików, lasów szum,
Chlupot wody, wszelkie bum,
Trach i łup, ojejku, trzask,
Krzyk i śpiew, śpiew i wrzask.
Stąd się tryton stał obiektem
Czci ogromnej, no a przedtem
Niczym więcej był jak diabłem
Co go trza było pokonać,
Aby wiary swej dochować.
Dziwne jednak rzeczy widać
Pośród dzisiejszego tłumu
Który miast trytony wzbijać
Ku potędze i wyżynom,
Myśli, że te nagle spłyną
Ku kotłom smoły piekielnym.
Każdy myśli, że jest dzielnym
Gdy trytonom poubliża,
Więc je do parteru zniża.
Prawda, że świdrują w uchu,
|
Lecz nie psują przez to słuchu.
Skąd więc dzisiaj to dudnienie
Na tonice? Czy to lenie
Nie chcą palców poprzesuwać?
A muzykę chce się psować?
To straszniejsza jest robota
Słuchać, gdy dźwięków lichota
Brzmi w głośnikach wszędzie wkoło.
Hej, hej! Ależ jest wesoło!
Poskakajmy wszyscy wkoło!
DJ skrobie płyty dziadków,
Choć tu, siostro, choć tu, bratku,
Niszczmy piękno dawnych wieków
I szukajmy nowych leków
W formie nagiej, tonikowej,
Hip hopowej i popowej.
Oparte na kadencyji
Doskonałej? Stos pomyji.
Spuśćmy że to w toalecie
Niech nie rządzi już na świecie
Chore współbrzmień panowanie
Daj monarchii jaśnie panie!
Zawładnij nami toniko!
Dominanty, bądźcie cicho!
Że nie powiem o mediancie
Co odpada już na starcie
Bo wprowadza wielki zamęt,
Kiedy chóry głoszą lament
Po kościołach, bazylikach,
A tu serce nasze pika
W rytm dudnienia, łomotania,
Krzyku, wrzasku i skakania!
Chcemy nowej my muzyki!
Muzyki – bez harmoniki,
Z rytmem tylko, nie dźwiękami,
Resztę dorobimy sami.
|
| |
|
|
|
|
|
Gdyby kiedyś ktoś powiedział
Coś dziwnego, to by wiedział
Każdy człowiek w jego gminie
Co się kryje w jego minie
I co rzec chce dziwak stary
Wychodząc z języka miary.
Gdyby potem jął przepraszać,
Toast ku sąsiadom wznaszać,
Kłaniać się i prosić łaski,
Sypnęły by się oklaski
I by rzekli: ""Ale gdzie ta,
Pan Poeta, pan Poeta!"
Inne były wszak zwyczaje
Wędrujące poprzez kraje.
Wtedy twórców szanowano,
Wino dla nich wylewano
(Bo co spadnie na podłogę
Bez problemu wpleść w wiersz mogę)
I w świetlistej swej koronie
Sławy, chwały, swoje skronie
W górę wzniósłszy szli szeregiem
Lub dreptali lekkim biegiem
Ku krańcowi swych talentów,
Finiszowi alimentów,
(Bo poeci wielcy, mali,
Nienagannie zarabiali)
I w strony wiecznej pamięci,
Co ich niepomiernie nęci,
Chociaż słuszne to u diaska
Bo poetą być - nie maska -
Ale rzecz najszczersza w świecie
O tym chyba wszyscy wiecie,
Więc nie będę się rozwlekał
I w wodolejstwo uciekał,
Lecz postawię problem jasno:
Poetom jest dziś zbyt ciasno.
|
Nie wiedzą o czym napisać,
Gdzie się swym kunsztem popisać,
W jakiej materii i słowie,
Zaś tego im nikt nie powie,
Dlatego wciąż stają na głowie
Próbując różnych sposobów
Na to by utworzyć novum,
Które nigdy nie istniało,
By publiczność zszokowało,
Czytelników nazbierało;
Recenzentów oniemiało
Co nie miara? To marzenie,
Ale da się chociaż zyskać
Swoje miejsce w księdze sztuki
Tak, by zbyt się nie przeciskać
Rozpychając się na boki
Pergaminem oraz piórem
I stosując wielkie skoki
Aby zdobyć w końcu górę
Przeznaczoną dla najlepszych,
Którzy są genezą dreszczy
U poezji miłośników
Co nie szczędzą swych języków
Na wieczne pochwały wieszczy
Oraz potępienia leszczy,
Którzy niczym zgraja kleszczy
Wdzierają się w skórę języka;
Coś tam fika, coś turlika,
Nagle ropniak tu powstaje
Gdzie te bezrozumne zgraje
Kaleczą nasze bogactwo,
Ale jeszcze jest im ciasno!
Toteż drążą korytarze
W wielkim huku, w wielkim gwarze,
Niszczą wszystko na swej drodze,
W piekielnej palą pożodze,
|
Niszczą wszystko co się da,
Taka to już banda zła.
Hu hu ha, hu hu ha,
Wielkie dzieło kleszczy trwa.
Kiedy już sieć korytarzy
Język potnie i usmaży,
Wówczas wezmą na cel kleszcze
To, co wokół jest najlepsze,
Czyli tych, co język kują,
Każde słowo pół dnia żują,
Potem zaś na pióro plują,
Którym je kaligrafują,
Czyli naszych wirtuozów
Językowych tych kołchozów.
Kompleks ich pod władzą kleszczy
W swych posadach groźnie trzeszczy.
Nieuchronnie się zawali
I poetów w mig pochłonie
I już tylko zgraje kleszczy
Siądą na języka tronie.
Dlatego, by nie zniszczyły
Naszych kochanych artystów,
Potrzeba nam wiernej publiki,
Nie zaś intelektualistów
Co ględzą bez sensu
Nad sensem bezsensu
Bez ładu i składu
Służąc nam tyradą
Z zakresu teorii,
Martwej jak ich serca,
Teorii poezji,
Co się w serca wwierca
Prawdziwym odbiorcom
Których nawołuję:
By sztuka przeżyła,
Niech ją ktoś miłuje.
|
| |
|
|
|
|
|
Pisałem o sztuce
Już po raz kolejny.
Dlaczego, pytacie?
Powiem: ku nauce.
By wierutne głupki,
Dranie i padalce
Przegrali z kretesem
W ostatecznej walce
Pomiędzy dzisiejszym
Światem pełnym złudzeń,
Oszustw i wypaczeń…
Ech, już nie marudzę.
Lepiej postawić jasno
Sprawę, na którą za ciasno
Dzisiaj jest na świecie
I w każdym powiecie
I gminie. A jakże!
W województwie także.
Bowiem dziś się myśli
O zwykłych błahostkach
Za sprawę narodu
Uznając ból w kostkach
Pana prezydenta
Lub pana premiera,
Który zza tych kostek
Na ludzi spoziera
I gdy tylko powie który:
"Dobrze tej poczwarze!"
Zaraz chce go ugotować
W swym sądowym garze.
Chłop potęgą jest i basta?
A co zrobić kiedy kasta
Polityków dziś otacza
Społeczeństwo, które spacza
Czczym gadaniem do cna, równo,
Jednym słowem stacza w ogrom
|
Propagandy, która sprytnie
W ich umysłach czyni pogrom?
Cóż poradzić w takich czasach
Gdy intelektualiści
Zaciskają pięści kiści
Demonstrując autorytet
Miast wysnuć jaką teorię
I swą uzasadnić glorię?
Dawne nauki idą w niebyt
Nowe tworzą się dziedziny
Filozofia smród padliny
Na kilometr wprzód roztacza
Nie wiadomo z czyjej winy:
Czy leniwych filozofów
Czy może potrzeb motłochu.
Siódmy klon ósmej mutacji
Nie wiadomo z jakiej racji
Esencją główną się staje
Choć od bazy swej odstaje.
A z klonami tak to bywa,
Że gdy jeszcze zmutowane
Z wiedzy swoich nosicieli
Nieczytelną robią plamę,
Której nie da się ni użyć
Ni nią innym ludziom służyć,
Za to jeśli kto ją chwyci
To intelekt ma do kitu.
Jego wiedza w swych konturach
Przyobleka formę mitu,
Co to kiedyś był prawdziwy
Lecz się już przeterminował
I dlatego żaden człowiek
Jemu wiary nie dochował.
Co więc robić by ratować
Przed upadkiem ludzkość naszą?
Przed upadkiem w takie miejsce,
|
Którym ni diabły nie straszą
Tak jest straszne w swej potędze
I ogromie okropności,
Że od samej o tym myśli
Dostać można bodaj mdłości?
Mówię: Jedna na to rada.
Nie równości cna parada
I nie strajki, demonstracje,
Manifestowane racje
W sposób nie nazbyt skuteczny,
W tymże stopniu i bezpieczny,
Ale sztuka w swojej mocy
Może zerwać pęta nocy
I wyzwolić choćby trochę
Poza to, co jest dokoła,
Co o pomstę w nieba woła.
Jednak nie propagandowe
Rymowanki do poduszki
Konserwowe jakby z puszki,
Ale sztuka par excellance.
Może zwykły to konwenans
A nie żaden wyższy cel
Czerń zamieniać w czystą biel,
Jednak dam se obciąć głowę,
Że utkanym dobrze słowem
Można czynić wielkie cuda.
Większe, niźli czyni wóda.
Toteż wołam po raz czwarty
(I ostatni, Bogu dzięki),
Że ten świat jest tyle warty
Ile sztuki w sobie nosi.
Więc podmiot liryczny prosi
Aby strzec tego, co trzeba,
Nie by potem pójść do nieba,
Lecz by w tym dziwacznym świecie
Nie zapomnieć o poecie.
|
| |
|
|
|
 |
 | |  |
Jutrzenka, gdy w domy porankiem zawita,
Już dusza człowieka zewsząd jest spowita
Radością i szczęściem wszechogarniającym
W tym kraju miodem i mlekiem płynącym-
Świtezi płaszczyznach skąpanych w słońca
Promieniach. Tym ostatnim nigdy nie masz końca.
Taki właśnie widok, niemal jak z obrazków,
Jam widział, leżąc w nowogródzkim lasku.
Tak brak mi było tej Świtezi wody,
Gdym w owym właśnie lasku zbierał ja jagody,
Jak tych krótkich utworków, czasem i z przekąsem
Nazywanych przez współczesnych bezczelnie: "Anonse".
"Anonse"!
Ojczyzną was nazwać czysty byłby nonsens!
Lecz mimo to teraz, gdym ja jest w chorobie,
Wyście są moim celem szczytnym, niczym zdrowie,
I jam jest przekonany, że nikt się nie dowie
Dlaczego słowem ojczyzna ja "Anonse" zowie,
Może więc po krótce ja na to odpowiem:
Gdy tu ja sam w pośrodku was zasiadam,
Oczy przylepiam do was i głośno gadam,
Dusza ma wciąż między wami się błąka,
Bo wyście są niczym nieskończona łąka
Z kwiatami,
A ja się ukradkiem między wami błąkać
Uwielbiam czasami.
Cóż tam co wiek ciągle gdacze,
Czy też niczym wrona kracze:
Darmo żebrze, darmo płacze,
Jak pod twym nosem i wąsów,
Tak tu brakuje "Anonsów".
Niechaj mędrkują racjonaliści,
Niech zaciskają pięści swych kiści
I niechaj trąbią, że my - anonsiści
Jesteśmy prawdy nie bardziej bliżsi
Niż jeże. Lecz my mamy swoje nauki,
Co nosić mogłyby wręcz miano sztuki,
Których nie zrozumieją parszywe kruki -
W umysłach swych ogromne mają luki.
Bez serc? Bez ducha? Bez "Anonsów" wprzódy!
Ich to brak szkieletami czyni nasze ludy.
I choć kruki, czy wrony za nic owe mają,
My wiemy, że one to szczęście nam dają.
Lecz cóż,
Skoro pustki wszędy w Nowogródku?
"Anonse" wszakże nie rosną w ogródku.
Kioski ruchu najsamprzód muszą dojść do racji,
Zaś na to rozwoju trzeba nam cywilizacji.
Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie,
Chociaż byś burzę miał wąsów,
Choć serce twoje nadzieją zapłonie,
Na próżno. Tu nie ma "Anonsów".
Anonse to rodzaj sztuki.
I niech kto z was, nieuki,
Zaprzeczy tejże słuszności,
A zrzeknę się swej wyższości.
Gdym Anonse otwarł, całkiem nowe,
Takiej treści ujrzałem przemowę:
"Oddam pióro w dobre ręce.
By nie zniszczyć tego skarbu,
Zawsze trzymaj je w szkatułce,
Niech nie kurzy się na półce,
Zaś byś nie czuł tego garbu,
Zapomnij o nim naprędce."
Ogłoszenie bardzo dziwne,
Trochę rzadkie, rzekłbyś: inne.
Zresztą całe wierszowane.
I nie z drzewa wyciosane,
Lecz lepione z mokrej gliny,
Czy plecione, jak z wikliny...
Po cóż pióro, u kaduka?
Ktoś by w łeb się wręcz postukał.
Pióro, choćby było skarbem,
Czyż związane bywa z garbem?
I czemu nie trzymać na półce?
Dlaczego je trzymać w szkatułce?
Z tego wszystkiego wynika,
Że twórca niechybnie ma bzika!
Każdy tekst moi mili
Czytany i w każdej chwili
W każdej epoce i wieku,
Czytany na jednym oddechu
Czy młody go czyta, czy stary
Tekst jedne ma zawsze zamiary.
Syntaktyka coś pokrywa -
Semantyczne jądro skrywa.
Cały problem semiotyki
Leży w gestii pragmatyki.
Gdy mądry nad tekstem zabłyśnie,
To jądro wnet z niego wyciśnie.
Rozleje na świat szeroki,
Mądrości stworzy obłoki.
Artysta zaś los ma trupi.
Kiedy czytelnik jest głupi.
W czeluści artysta spadnie,
Gdzie poobija się snadnie
I nikt go nie będzie rozumiał,
Bo nikt nie będzie nic umiał.
Taki już los sromotny
Artysty, że jest samotny,
Kiedy głupota się szerzy
I z przeszłości w przyszłość bieży.
Kto zaś myślał spotkać Dziady
W sztafażu tejże tyrady,
Ten się będzie w piekle smażył,
Że się pochopnie odważył
Zabrnąć w złudne ścieżki semu -
Który będąc wręcz złośliwy,
Wredny, chytry, uszczypliwy,
Nieprzyjazny, podchwytliwy,
Wielkie czyni spustoszenie,
Zupełnie niepostrzeżenie,
W jaźni tych, co percepując
Lub błędnie antycypując,
Rozumieją sem opacznie
Nadinterpretując znacznie.
Jakiż to dziadek idzie z kłębem brody?
Jaka to obok dziewica?
Toż to zjawisko fantastyczne
Takie ludowe lica!
Brzegami sinej strumyka wody
Idą przy świetle księżyca.
Ona mu z kosza daje maliny,
A on je chyłkiem do garnka;
Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,
Pewnie to jego kochanka.
Każdą noc prawie, o jednej porze,
Pod tym się widzą modrzewiem.
Dziadek jest strzelcem w tutejszym borze,
Kto jest dziewczyna? - a kogo to obchodzi?.
Skąd przyszła? - darmo śledzić kto pragnie,
Gdzie uszła? - nikt jej nie zbada.
Jak chemikalia wschodzą na bagnie,
Jak Dziadek Mróz przepada.
"Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno,
Na co nam te tajemnice,
Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?
Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?
Minęło lato, zżółkniały liścia
W stawie zamarzły ryby,
Zawsze mam czekać twojego przyjścia
Na progu mojej Sadyby?
Chateczka moja stąd niedaleka
Pośrodku gęstej leszczyny;
Jest tam dostatkiem omasty, chlebka,
Jest tam dostatkiem źwierzyny".
"Stój, stój - odpowie w jego oblicze - ,
Pomnę, co ojciec rzekł stary:
Wdzięki w staruchu głosie słowicze,
A w sercu lisie zamiary.
Więcej się waszej obłudy boję,
Niż w zmienne ufam zapały,
Może bym prośby przyjęła twoje;
Ale czy będziesz mnie stały?"
Starzec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,
Piekielne wzywał potęgi,
Klął się przy bladym miesiąca blasku,
Lecz czy dochowa przysięgi?
Kto wie, wszak dziadek filut jest tęgi
Oczy cnie wznosi, a ręką wszak maca,
Stąd krasna dziewoja głucha na mitręgi
W te słowa do niego się zwraca:
"Dochowaj, starcze, to moja rada:
Bo kto przysięgę naruszy,
Ach, biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!"
To mówiąc dziewka więcej nie czeka,
Wieniec włożyla na skronie
I pożegnawszy dziadka z daleka,
Skacze do wody i tonie.
Co roku setki ludzi łamią kręgosłup skacząc do wody.
Płytka wyobraźnia to kalectwo.
Trunku! Miłości moja! Ty jesteś jak zdrowie.
Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto Cię stracił. Dziś piękność Twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie.
O Nalewko, do jasnej mej uderzasz głowy
I w mojej świecisz szklanie! Ty mój kąt domowy
Syberyjski ochraniasz z jego wielkim brudem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem...
Teraz wszystko umilkło
Szczere pustki w domu
Nie masz Gorzałki
Nie masz roześmiać się komu.
Z każdego kąta pustka człowieka ujmuje,
A serce swej pociechy darmo wyczekuje.
Więc zaśpiewam tę piosnkę
By ulżyć w żałości.
Pokażę dziś państwu
Ogrom mej miłości.
Kiedy smutek wciąż Cię dręczy
I pragnienie ciągle męczy
Gdy kuszenie piszczy w trawie
Weź pół litra i po sprawie!
Nasza Dunia pobielieła
Zachotela vodka pit
napisała na dieriewach:
"Bez pał litra nie wchodit!"
Gdy pragnienie w ustach suszy
Kiedy kaca masz po uszy
Nie daj stłamsić się obawie
Weź pół litra i po sprawie!
Nasza Dunia pobielieła
Zachotela vodka pit
napisała na dieriewach:
"Bez pał litra nie wchodit!"
Kiedy kręci Ci się w głowie
Każdy Rusek Ci to powie:
"Nie leż chłopie na murawie!
Weź pół litra i po sprawie!"
Nasza Dunia pobielieła
Zachotela vodka pit
napisała na dieriewach:
"Bez pał litra nie wchodit!"
A gdy już policzysz domy
Padniesz nieżyw snem zmorzony
"Lecz czemu leżeć na ławie?
Weź pół litra i po sprawie!"
Nasza Dunia pobielieła
Zachotela vodka pit
napisała na dieriewach:
"Bez pał litra nie wchodit!"
Jeśli wciąż liczysz na morał
Boś się z chiazmem nie uporał
Lepiej postąp tak, jak Dunia
Nawet gdybyś tak nie umiał:
Nasza Dunia pobielieła
Zachotela vodka pit
napisała na dieriewach:
"Bez pał litra nie wchodit!"
| |
Nie starczy do kotła wrzucić nam jarzyny
By stwierdzić, że zupę przepyszną warzymy.
By zupę ugotować, trzeba najpierw zalać
Warzywa wodą, pod kotłem ogień zapalać,
W odpowiedniej proporcji niezbędne składniki
Powrzucać, czasami wbrew prawom logiki,
Na koniec doprawić, zamieszać, gotować.
Uważyć wszak zupę to ciężko pracować
Nie tylko fizycznie, ale i umysłem.
Nie tylko z inwencyją, lecz z rozumem ścisłem.
Trzeba mieć głowę tęgą, a myśli bez liku.
Podobnie jest z satyrą, drogi Czytelniku.
Z początku burza pomysłów jest w głowie
(Wszak każdy satyryk podobnie Ci powie).
Jest chaos, bałagan, brak koncepcji jakiej,
Brak pomysłu na formę satyry wszelakiej,
Dużo jest zabawy, lecz i dywagacji
Które z form satyry winny dojść do racji.
Gdy, po rozmyślaniach, przyjdzie już do głowy
Koncept na satyrę stary, bądź też nowy,
(A że wciąż wpada stary, nie moja to wina
Takaż ma bowiem domena, iż wciąż zapominam)
Problem rodzi się znowu, bowiem bardzo trudno,
Zaś da się to osiągnąć tylko pracą żmudną,
Wymyślić, w jaki sposób koncept prezentować,
Jak go uformować, jak rozreklamować,
W końcu, czy to uda się wprowadzić w czyn
I zaśpiewać będzie można na cześć swoją hymn.
Gdy się jednak przebrnie przez problemów stosy
Dalej tak się toczą satyryka losy:
Z godnym podziwu zapałem
Quasi rozumny szałem
Pocznie pisać na potęgę,
Myśli swe związywać w wstęgę,
Nowe także prowokować,
Kreślić ciągle i formować.
I wydrwiwać, parodiować
Nękać, dręczyć - nie miłować
Kłody wielkie przeciwników
Świeckich, lecz nie satyryków!
Trza przeskoczyć bez wahania,
To najtrudniejsze zadania.
Prawda bowiem w oczy kole -
Nawet jeśli ktoś ma wolę
jej zaprzeczyć i trwać w fałszu.
Takiego i diabły nie stłamszą.
Co dopiero satyryk poczciwy,
Z swej natury ugodliwy.
Czasem satyryk jest jednak lubianym,
W pierścień z rubinem wciąż całowanym,
Popularność wszak to cecha potężna,
Lecz tylko prawdziwy satyryk zwycięża
I komercjalnego gbura spod tej gwiazdy
Wygwiżdżą, miast dać upragnione aplauzy.
Na to satyrykowi trzeba cierpliwości,
Wymaga to pracy oraz wytrwałości,
Bez tego nie uda się zatryumfować
I szczęściem swym wielkim z innymi (satyrykami) radować.
Mnie, Bogu dzięki, udało się spełnić
Niektóre z wymagań, w konteksty zagłębić.
Świat zaś (rok temu był jeszcze sprzed wielkiego wybuchu),
Nabrał kształtu, formy, konceptu i życia okruchu.
A ta forma, potężna w immanentnym swym bycie
Niektórym popłaca, innym - skraca życie.
Co wódka robi z psa, sami to widzicie.
Co wódka robi z człeka, rzecz to oczywista.
Dzięki wódce człowiek w krąg zwierząt upada.
Bo co robi nam ta zbawicielka czysta
To nienawiść, złość, moc przywar - nie lada.
Zaś co robi ze światem - nowe to odkrycie.
Być może, gdy pijak idzie wzdłuż ulicy
I ludzi ma tłuszczę po swojej prawicy,
Że widzi podwójnie, z lewej ma podobnie.
I tak prawica z lewicą łączą się swobodnie,
Gdy pijak z trudnością brnie pomiędzy nimi
Niepewien swej przyszłości, czy kolejnej chwili.
Być może pijaka przekrwione gały,
Gdy ujrzą murawy skrawek choć mały,
Nie zieleń widzą, co pokój przynosi oraz ukojenie,
Lecz czerwień, co od pokoju odwodzi, złości wszczepia tchnienie.
Być może, gdy pijak spojrzy na swe nogi,
Widzi, jak gdyby dosiadał stonogi,
Zaś gdy na palec spojrzy drgający,
Widzi ich tyle, co Bruce Wszechmogący.
Lecz oto są rzeczy z pijackiego świata.
Problem powstaje, gdy się światy swata.
Wiadomo jest bowiem i zawsze tak było,
Że nie da się zapobiec choćby boską siłą
By przenikać się wzajem światy nie zaczęły,
By się nie połączyły, sobą zawładnęły.
Toteż z przykrością muszę dziś powiedzieć
I każdy w Stumilowym Lesie winien to wiedzieć,
I także poza granicami jego wieść przynieść wypada,
Bo problem, który powstał, to problem - nie lada,
Że świat nasz, jak z gumy, jął się przeobrażać,
Drzewa uciekać do morza, góry pod ziemię zapadać,
Rzeki zmieniać swe biegi, pustynie porastać rośliną,
Morza występować z brzegów, lodowce topić się zimą,
Zaś wszystko to z powodu zucha,
Któregom z dawien dawna uważał za druha.
Zbiegając pospiesznie górskimi zboczami,
Narażając drogie życie między lawinami,
Uciekając przed wszechobecnymi sosnami,
Biegłem i biegłem i biegłem wciąż za nim.
Lecz, że swąd alkoholu po sobie zostawiał,
I świat wciąż przekształcał, a jam go naprawiał,
Wolniej ścigałem ściganego dziada,
I uciekła do Osady nieznośna szkarada.
A więc ja do wszystkich was w tej chwili apeluje:
Szkód już nie wyplewię, zaś napraw nie wyhoduję,
Jestem bezbronny i zamknięty sam jeden w dolinie
I nie wyjdę stąd dopóki ustrój nie przeminie.
Zaś po pomoc w międzyczasie udam się w mrok dziejów,
Skąd dobiegają już szepty niecnych kaznodziejów,
Zaś jeden z nich jest mędrcem i profetą wielkim,
Który nam pomoże obeznaniem wszelkim,
Który swą wiedzą wesprze nas jak może,
Zaś za wszystkie dobra odpłaćże mu, Boże.
Tymczasem, bracia moi, o okręt nasz dbajcie,
Szorty zaciągnijcie, żagle napinajcie,
Pilnujcie bardzo dokładnie, by się okręt nie zawalił.
Fluctuat nec mergitur, bracia ukochani.
Każdy twórca staje przed takim zadaniem,
By dotrzeć do odbiorcy swoim pisaniem.
Stawia mnóstwo tropów, by myśl swą ułożyć
Tak, by odbiór właściwy można było stworzyć.
Nie lada jest sztuką rozmieszczenie semów
W sposób nie zostawiający problemów
Żadnemu z rodzaju przyszłych czytelników:
Mądrym oraz głupim aż do kości szpiku.
Niestety, by nie zrozumieć utworu opacznie,
Należy wysilić się co najmniej znacznie,
Gdyż semy czasami nie starczą w wymowie
I mętlik pojawia się w czytającego głowie.
Na to już tylko czytelnik może coś poradzić:
W wygodnym fotelu interes posadzić,
(Nade wszystko jednak ważną nie bywa prezencja
Czytelnika, lecz czynnik odmienny: konwencja)
Następnie sięgnąć po kilka słowników
I starać się wybrnąć z aluzji mętliku:
Szukać, czytać, myśleć i w całość połączyć
I tropy wytropić i znaczenie złączyć.
Cóź jednak, kiedy coraz więcej osób
Znajduje nowy, choć nie lepszy, na czytanie sposób?
Mianowicie nie dbają o wartość symboliczną,
W równym poważaniu mając warstwę alegoryczną,
Ani myślą szukać nawiązań ani toposów,
Czy analizować setek znaków stosów.
Ich bawi treść z wierzchu, chociaż bardzo krucha,
Sama w sobie nie dająca wiedzy ni okrucha.
Cóż bowiem z tego, że ktoś czytać umie,
Jeżeli z czytania niewiele rozumie?
Niemało warunków ma on do spełnienia,
By wynieść z utworu bagaż doświadczenia.
Nie ma jednak takiej książki, mimo zagmatwania,
Która byłaby ksiażką nie do rozwiązania.
Nie należy sie poddawać, lub kwitować: Głupstwo!
Bowiem nic innego jest to, jak zwykłe nieróbstwo.
Prostym jest powiedzieć, że tekst nie jest mądrym,
Prostym go obrzucać krytycyzmem szczodrym,
Trudniej jest zrozumieć zamysły jego twórcy,
Krocząc do nich drogą semiotycznej trójcy.
Z tego ot rachunku, niczym drut prostego,
Można wysnuć wniosek dotyczący fachu swego.
Uczą nas te słowa, że głupia krytyka
Z niczym innym, jak czystą głupotą się styka.
Trzeba zamknąć uszy na czczą gadaninę
Tych, co do dobrej gry złą robią minę.
Niech tkwią w swych przekonaniach aż po wieki wieków
(A więc aż nie znajdą na głupotę swoją leków).
My zaś róbmy swoje, wierząc w pokolenia
Przyszłe, które nic nie będą miały nam do zarzucenia
I poznają w czym tkwił sens ogółu zabiegów
Moich i mych satyryków-kolegów.
Kpijmy zaś z tych, którzy nic dostrzegają
I tylko bezmyślnie te słowa czytają,
Bowiem napisany jest za calem cal
Noir sur blanc, stąd jest mi ich żal.
Grafik, gdy zaczyna nowy plakat w głowie tworzyć,
Myśli przede wszystkim jakie barwy nań nałożyć,
Jakże elementy poszczególne przysposobić,
Które w górze czy z boku czy też w dole umiejscowić,
Jakich czcionek lepiej użyć, by oddały treść przekazu,
(Może by je wkomponować w jaką część obrazu?)
Wreszcie, co uczynić, aby przykuć ludzki wzrok,
By przechodzień, co go ujrzy, z miejsca zwolnił krok,
A na koniec by go urzekł tak bardzo w swym słowie,
Aby rzecz reklamowana została mu w głowie.
Na ogromne nieszczęście dla polskiej oświaty
Graficy, którzy wcześniej robili plakaty,
Pracując nad nimi przy malarskich sztalugach
Starając się przy tym nie myśleć o długach
Będących dla malarza, każdy wie to przecie
Kulą u nogi najcięższą na świecie
I tedy ci nasi prości graficy
W ślad za pieniędzmi pognali jak dzicy
Zmienili profesję, swe myśli swawolne
Wplatając w coraz to nowsze podręczniki szkolne,
Które, w ich mniemaniu, dzięki nowej formie,
Mają wprowadzić porządek i hołdować Reformie!
Reforma ta bowiem, obmyślana snadnie
Edukować koedukując przyrzekła nieładnie
Stąd skupiono się na formie, nie zaś samej treści,
Bowiem, gdy za dużo formy, treść się już nie zmieści.
Ilość nad jakością przedkładać należy
I nie już od punktu widzenia rzecz ta zależy
Lecz od Porządku, Dyscypliny i Normy -
Takie są bowiem filary Reformy.
Wykrzykników, żaróweczek, znaków zapytania
Nawtykano, by zachęcić młodzież do czytania,
Pisma obrazkowego doktryny afirmując
Zaś do zasad języka już się nie stosując
Postawny bowiem sprawę jasno, moi Czytelnicy:
Poprawną polszczyzną trza wstawić do piwnicy
Na półki zakurzone słowniki odłożyć
Przeczekać, zapomnieć i Reformy dożyć
Problem, chociaż godzien jest tylko pożałowania,
Wcale nie byłby problemem nie do rozwiązania,
Gdyby wśród ogromu elementów rysunkowych
Nie widziało się rozlicznych błędów językowych.
Te niestety w treści na potęgę występują,
A mądrzejszych czytelników tylko w oczy kłują.
Najczęściej jednak zostają bez odzewu
Korzystając z głupoty powszechnego wyziewu.
Brak literki, brak przecinka, odpowie mi który?
Prawda. Własną wiedzą powypełnia się dziury.
Co mi jednak powiesz, obrońco grafików grzędy,
Na, bynajmniej nie mniej liczne, a rzeczowe błędy?
Na nie chyba nie ma rady, przyjacielu drogi,
Więc oświatę naszą wkrótce czeka wyrok srogi.
Niech kto sprawi, aby w książkach znowu treść widniała,
A mu będzie aż po koniec świata cześć i chwała.
Niechaj kto wyrwie kolorowe znaczki z bieli kart,
Zaś czasy, w których istniały, niechaj obróci w żart.
Niechże wyrwie polską edukację z okowów ikonek,
A gdy zabrzmi w naszych szkołach znów na lekcje dzwonek
Niechże koszmar wraz z nim pryśnie i zniknie na wieki,
A po nim niech pozostanie tylko czas kaleki.
Obracając w perzynę Reformy pomyje.
Ale, któż z nas, moi mili, tych czasów dożyje?
Błagam, niech się zgłosi śmiałek, co zrobić to zdoła!
Czy już krzyczy? Nie, to echo... Jedźmy, nikt nie woła...
|
 | |  |
 |
| |
 |  |  |
|
Materiały publikacyjne Satyrykonu ar- chiwizowane są po upłynięciu dwunas- tomiesięcznego okresu ich emisji na ła- mach portalu. Archiwalne wiersze ze wszystkich cykli satyrycznych Liryki sa- tyryka dostępne są po ich pobraniu na dysk w formacie skompresowanym RAR.
|
Aktywnie udostępniane wiadomości o nowościach publikacyjnych Satyrykonu.
|
Z-ca redaktora naczelnego Satyrykonu Matias de Śledź Esq.
Red. Ateist Kleranty
|
 |
|
|
|
 |
|