 |
|
Paradoksalnie, problem zubożenia intelektualnego nie tyczy się wyłącznie problemu religii w szkole. Niniejszy felietonik powinien stanowić dla szanownych czytelników rozpaczliwą próbę przestrzeżenia ich przed zgubnymi skutkami poddawania się ogólnemu nurtowi głupoty, a także zachęcenia do pozostania u nieśmiertelnych źródeł nauki.
Stanisław Jerzy Lec osiągnął mistrzostwo w dziedzinie kunsztu fryzjerskiego, splatając trzy pasma semiotyczne (bez, o zgrozo, uprzedniego uczesania!) w jedną z najważniejszych dla Redakcji Satyrykonu myśli. Niestety, tak dla Stanisława Jerzego Leca, jak i Redakcji Satyrykonu, koniec mody na noszenie warkoczy nie podważył profetycznego charakteru dominanty, czy nawet subdominanty, lecowskiej prognozy, lecz objął dziedziny życia, których o taką metamorfozę autor wspomnianych wyżej słów z pewnością nie podejrzewał. Któż bowiem mógłby wyobrazić sobie, że sfera intelektualna, wraz ze swoim zanikiem, powodować będzie znaczne zmiany grawitacyjne, przy jednoczesnym zapewnianiu jakże bogatych wrażeń wizualno-olfaktorycznych, godnych samego Grenouille'a? Niemniej jednak "ciasnota umysłowa się rozszerza", Drogi Czytelniku.
Rozszerza się i to we wszystkich już dziedzinach życia współczesnego człowieka, często nieświadomego, iż jest synekdochą i służy niechlubnym celom kłamliwej statystyki. Wypływa to ze znacznie rozleglejszego, aniżeli genealogia Zamoyskich, ciągu przyczynowo-skutkowego, na którego początku stoi... szkolnictwo. (..) Nie jest to bynajmniej powód do zmartwienia, bowiem dzięki wybitnym rozporządzeniom Ministerstwa Sportu i Edukacji może się rychło znaleźć i na końcu, co zresztą stanowi wzorcowy przykład sprzężenia zwrotnego dodatniego, ale to inna historia i jej nie opowiemy. Wracając do meritum, czyli gdzieś w okolice reformy edukacji, należy powiedzieć, iż prowadzi ona do ubóstwa intelektualnego, co okazuje się być dużo bardziej groźne, aniżeli mogło się wydawać we wstępie. Jakże mianowicie człowiek niewykształcony ma kształcić obligatoryjnie mniej wykształconego od siebie potomka? Jakże ma być rodzicem, będąc ogłupianym wywodami na zajęciach z Przygotowania do Życia w Rodzinie tudzież przysposabianych do obrony w szkolnej stołówce i w dodatku bez tablicy? Wreszcie, jakże ma być dobrym pracownikiem? I to ostatnie pytanie, wbrew pozorom, stanowi największy problem. Pracownik bowiem to nie tylko mularz, piekarz, tokarz, złodziej, kamieniarz, gałganiarz, kuśnierz, dyrygent, intendent, subiekt, księgarz, kucharz, malarz, skrzypek, finansista, bankier, szalbierz, kat, lotnik, żołnierz, harcerz, pielęgniarka, lekarz, cieśla, dentysta, bednarz, językoznawca, kataryniarz, rymarz, kołodziej, łuczarz, grotnik, dobrodziej czy polityk, Drogi Czytelniku. Pracownik to także nauczyciel.
O ile wciąż jeszcze spotyka się wśród zakurzonych sal polskich placówek, naukowców czujących powołanie do pełnienia szlachetnej misji edukacji zacofanej młodzieży, o tyle niestety coraz to częściej napotyka się osoby niewykwalifikowane i popełniające tragiczne w skutkach błędy pedagogiczne. Prowadzi to do sumarycznej dezintegracji intelektualnej wśród dzisiejszej młodzieży, której znaczna część po latach z pewnością wstąpi ponownie w progi szkolne, by nauczać kolejne pokolenia młodzieży, tyle, że już niedzisiejszej. Można wprawdzie dokonywać prób usprawiedliwienia poziomu nauczania w polskim szkolnictwie, rezygnując z rzetelnych działań na rzecz dysputy nad tematami zastępczymi, w znacznej mierze opierającymi się na wprowadzeniu: idealnego programu nauczania, mundurków, klatek, kamer, ochroniarzy, mleka, wojska, darmowych ołówków (bez gumki) czy ocieplanych kalesonów. Trudno bowiem nie dostrzec, iż w rzeczywistości prawdziwie potrzebne jest wytłumaczenie braku kwalifikacji zatrważająco dużej liczby pracowników oświaty, publikacji upstrzonych błędami podręczników, druku obleśnych zeszytów ćwiczeń czy też naiwnych opracowań lektur, istnych opok dla nieznających własnego języka skretyniałych abnegatów, pilnie śledzących opodal zdania "Ogólnie rzecz biorąc, straszny jest gorąc" szarej ramki, usłużnie podpowiadającej sentencję "Opis temperatury". By dowieść słuszności przedłożonych tez i antytez, pozostaje podeprzeć się trafnymi przykładami takich niuansów edukacyjnych, których nawet sam program nauczania (stan na: styczeń 2007) nie zawiera.
Dość przywołać tutaj paradoksy tzw. jednostek lekcyjnych, podczas których uświadczyć można tyleż finezyjnych stwierdzeń, ile zwykło się przytaczać w formie antyprzykładu w znanych magazynach satyrycznych. Wynikają one tak z zatrważających błędów w niezbyt utylitarnych pomocach dydaktycznych, jak i z arcyciekawych teorii nauczycieli, z których wystarczy przytoczyć sławetną sentencję pewnej nauczycielki historii starożytnej, akcentującej podczas jednostek lekcyjnych, iż: "Starożytni Rzemianie płacili pieniądzmi". Ponownie trudno doszukać się znamion racjonalizmu w podręczniku do nauki WOK-u, utrzymującym m.in., iż "Maria de Medici była żoną Ludwika XIII". Co bystrzejsi uczniowie mogą być zaskoczeni także podczas fizyki, kiedy to w ramach jednostki lekcyjnej wykładająca wiedzę praktykantka przekonuje ich, że "ta prędkość to jest prędkość", uniemożliwiając im "wykorzystanie wiadomości na swoją korzyść". Co więcej, do niemałego zakłopotania prowadzą także pytania pomocnicze: "Ona spadnęła?", atoli surowe uwagi: "Musisz czuć się na baczności" czy też przykazania dydaktyczne: "Nie spaźniaj się, siadnij na miejsce i słuchajta, co mówim!". Paradoksalne wydają się zatem pytania podsumowujące: "Wszyscy rozumią?", po których w dziewięciu przypadkach na dziesięć w sali zapada głucha cisza, przerywana jedynie szelestem kart do gry, stukotem kości, czy też po prostu bezpardonowym dzwonkiem, oświadczającym pomyślne dostarczenie wiadomości tekstowej do adresata, lub odwrotnie. Nie sposób pominąć także przewijających się w ramach jednostki lekcyjnej dywagacji filozoficznych, nierzadko owocujących tak wysmakowanymi performatywami, jak: "te prawdy stałyby się nieprawdami, prawda?", tudzież pytaniami hołdującymi doktrynie ścieżek przedmiotowych: "Co Sokrates wkładał Platonowi w usta?".
Przytoczone wypowiedzi przyprawiłyby z pewnością szanownych czytelników niniejszego felietoniku o kłopoty z przeponą i marskość wątroby tudzież innych organów, gdyby nie fakt, iż niewątpliwie świadomi są oni w pełni tragicznego wpływu, jaki tego rodzaju wiedza wywiera na świadomości patriotycznej dzisiejszej młodzieży. Dosyć będzie zatem, gwoli małego usprawiedliwienia persyflastycznego tonu felietoniku, przytoczyć zrelacjonowa-
ną nam przez naszego zaufanego informatora uroczą rozmowę dwóch mniej uroczych, i pewnie przez to pragnących pozostać anonimowymi, uczennic, żywo dyskutujących o nieuchronnie zbliżającym się sprawdzianie..., pardon, teście z języka polskiego. Nie byłoby w tej dyskusji nic nadzwyczajnego, gdyby jej uczestniczki nie eksploatowały kodu językowego, opierającego się w znacznej mierze na trzech czasownikach, jednym rzeczowniku oraz bodajże dwóch przymiotnikach odczasownikowych a także nie zwieńczyły swej rozmowy dialogiem, dobitnie ukazującym zgubną influencję wadliwych metod nauczania:
- To, jak to było?
- Co?
- No, dezire?
- Nie, dies irae!
Proszę wybaczyć chwilowy autotematyzm, ale od razu chciałbym uprzedzić oskarżenia co mniej inteligentnych czytelników Satyrykonu - o ile tacy w ogóle są w stanie dotrzeć tak daleko - i zaznaczyć, iż nasz zaufany informator bynajmniej się nie przesłyszał. Oczywiście, stokroć bardziej wolelibyśmy przyznać się do niekompetencji naszych osobowych źródeł informacji, jednakże proza życia jest bezwzględna i nazbyt często zaskakuje synkretycznymi wtrętami natury tragikomicznej.
Pozwolę sobie niniejszy felietonik zakończyć nietypową reasumpcją, bowiem nie zawierającą konkluzji, a co za tym idzie pozostającą bez związku z poprzednim akapitem, bowiem groziłoby to wyciąganiem niebezpiecznych wniosków, za których publikację collegium redakcyjne Satyrykonu ścigane byłoby zapewne przez jego wrogów do końca II edycji magazynu. Otóż śmiem tuszyć, iż zaprezentowane tu tezy zostały udowodnione, dialogi wyodrębnione i wyszczególnione odpowiednim układem wersyfikacyjnym zaś przywoływane na przestrzeni całej publikacji osoby prawne i fizyczne należycie skrytykowane. Co inteligentniejszym czytelnikom zaś, w formie małego smrodku dydaktycznego pragnę polecić głębsze rozważenie ledwie zarysowanego zagadnienia, a i podjęcie szlachetnej misji uzdrawiania wymiaru sprawiedliwości i edukacji, coraz to mocniej domagającego się połączenia z właśnie zlustrowanym sektorem bezpieczeństwa.
|
| |
|
|
|
|
Przekaz interteksutalny w sztuce i literaturze uwarunkowany jest koherentnym bytem indyferentnych paradygmatów kulturowych, warunkujących akt komunikacji rysujący się na linii relacji nadawczo-odbiorczych w sposób tak doskonały, iż mogący być przyrównanym jedynie do pieczołowitego a systematycznego pucowania stajni Augiasza przez antycznych herosów. Podobnie jednakowoż jak heroiczność bohaterów antycznych niezbyt pomaga w pozbywaniu się smrodu stajennego, tak i trudno w dzisiejszej teatrologii wyzbyć się wstrętu na widok żałosnych pseudonaukowych manipulacji w obrębie aparatu terminologicznego, usiłującego gorączkowo ogarnąć szmirowate produkcje lat współczesnych, w których nie tylko razi niedoskonałość aranżacji, ale i brak dykcji aktorów przyzwyczajonych do plucia w mikrofon na planach tasiemcowatych seriali telewizyjnych.
Długo by się zastanawiać nad przyczyną tak nagłego spadku poziomu realizacji sztuk, jednakże w tym przypadku, jak zwykle bywa, najprostsza odpowiedź jest najlepsza i, co więcej, prawidłowa. Przez wieki do teatru chodzono w ściśle określonym celu. W starożytnej Grecji spektakl teatralny był integralnie związany z podłożem religijno-wyznaniowym i stąd zapewne taka mnogość traktatów filozoficznych, wykazujących duże zainteresowanie interakcjami odbiorczymi w kontakcie z aktorami i formułujących na poczet ich wiernej deskrypcji wiele pojęć z dziedziny ontologiczno-mistycznej, spośród których najznamienitszą zdaje się być arystotelesowska katharsis. W dobie średniowiecza rozwinął się gatunki podległe indoktrynacji kleru - moralitety, misteria i mirakle - które notabene przyczyniły się nie tyle do rozwoju teatru, co do degradacji jego pierwotnego wymiaru i rozwoju. Trzeba było dopiero długich lat, by stratę ciemnych wieków zrekompensował renesansowy rozwój form dramatycznych, święcący swój tryumf wraz z pojawieniem się formy teatru elżbietańskiego. Barok znowuż przyniósł regres, głownie z powodu oscylacji wokół doktryn marynistycznej ornamentacji stylistycznej, którą to później odrzuciły rewolucjonizujące nurty XIX wieku, zapowiadające diachronicznie rzecz ujmując drugi renesans formy dramatycznej. W tym miejscu należy błyskawicznie przerwać periodyzację, bowiem doprowadzić może ona jedynie do przytaczania eschatologicznych wypocin teoretyków teatru, upatrujących we współczesnych formach dramatycznych znamiona nieomal idylli, czego autor niniejszego felietoniku parodystycznego z całego serca i duszy swojej pragnie uniknąć, na rzecz dokonania odautorskiej analizy typów odbiorczych we współczesnym teatrze - rzecz jasna, bynajmniej nie owocującej pozytywnymi wnioskami.
Podzielmy adresatów dramatycznych na trzy grupy. Pierwszą grupą będzie Ach-Ta-Dzisiejsza-Młodzież, która wybiera się do teatru jedynie w ramach wyjścia klasowego, o które notabene wysoce trudno, głównie z uwagi na dowcipne podejście ich opiekunów, brzydzących się wydatkami na kulturę wysoką i w tym chociaż zakresie całkowicie zgodnych z władzami szkolnymi. W tym jednakowoż przypadku, o ile z punktu widzenia wychowawców wyjście ma na celu dokształcić i poszerzyć horyzonty badawcze Ach-Tej-Dzisiejszej-Młodzieży, o tyle czyni jej jedynie ucieszny prospekt perspektywą opuszczenia nudnych zajęć szkolnych. W obliczu tej idei, w której ochoczo jednoczą się nawet najbardziej kaprawe serca uczniowskie, nawet osoby wyraźnie zainteresowane sztuką muszą poddać się ogółowi, jeżeli nie z powodu słabości lub konformizmu, to z powodów czysto technicznych. Bowiem kiedy rozjuszona zgraja, przeżywając ekstazę związaną z przechytrzeniem nauczyciela chemii, wpada do teatru, nikt już nie ma możliwości skupienia się na płaszczyznach semantycznych, ba - po cóż szumne słowa? Bodaj dałoby się chociaż przyjrzeć scenografii czy posłuchać efektów dźwiękowych (bo o muzyce, w obliczu doniosłego faktu, iż Jennifer Lopez wygląda seksowniej, aniżeli Bach w peruce, już nie sposób marzyć). Niestety. Trzeba skupić się na sąsiedzie, strzelającym gumą do żucia w znajomego, siedzącego pięć rzędów niżej, lub koleżance wyraźnie zalecającej się do owego kolegi, tym samym dając mu do zrozumienia, iż ów wyraz heroizmu wielce jej imponuje. Taki delikwent, w obliczu nagłego skoku testosteronu i innych płynów ustrojowych, zmienia obiekt gumowego zainteresowania na sympatycznego pana pod krawatem i na krześle sześć rzędów niżej lub od razu na zachwyconą jego zdumiewającą precyzją sąsiadkę. Niesamowitych wrażeń dostarczają także otwierane paczki chipsów, dyskretnie siorbane napoje gazowane, zaś nade wszystko polifoniczne dzwonki w telefonach komórkowych - jedynych źródłach muzyki klasycznej, na wszelki wypadek elektronicznie zmodyfikowanej, by przypadkiem nie razić delikatnych uszu Ach-Tej-Dzisiejszej-Młodzieży. Shakespeare nawet nie marzył o tym, iż monolog jego bohatera tak silnie będzie oddziaływał na publiczność, że niejedna osoba postanowi "nie być" i udać się z pozostałymi do pobliskiego szynku. Podobnie Mrożek popełnił potężny błąd, nie biorąc pod uwagę, iż hip hop może dalece doskonalej oddać problematykę komunizmu, niż tango. Nie mówiąc już o Słowackim, niepotrafiącym w swej abnegacji artystycznej przewidzieć, iż huk grzmotu o wiele doskonalej można wyrazić donośnym tupnięciem, czy też Tuwimie, który w najśmielszych przypuszczeniach nie przewidziałby, iż z awangardę wciąż można zsublimować w nad-awangardę.
Wszystkie te czynniki są wielkim utrudnieniem dla drugiej grupy widowni, stanowiącej grono osób w wieku podeszłym, przywołanego już przy okazji opisu sympatycznego pana pod krawatem i na krześle, który zapewne ostatni raz był na Ożenku parędziesiąt lat wcześniej, tymczasem po dwudziestu minutach szampańskiej zabawy na wysokim poziomie odkrył gumę do żucia w swych i tak już mocno przerzedzonych włosach. Kto wie, może przed wypadem do teatru odwiedził ów mężczyzna fryzjera, może kupił sobie nowy krawat, a może nawet zabrał swą żonę na kolację do drogiej restauracji, zaś owa żona siedzi teraz obok niego. Jakże taki poniżony w oczach całego świata człowiek może kontynuować marszrutę w aluzje i warstwy znaczeniowe sztuki? Graniczy to z cudem. Żeby tego było mało, mężczyzna ów może zareagować dwojako: przemilczeć i potraktować precedens z gumą jako nieszczęśliwy wypadek lub udzielić na forum widowni reprymendy bezczelnemu smarkaczowi, zachwyconego lubieżnymi spojrzeniamikoleżanek z klasy. W przypadku drugim ma szansę jedynie poszerzyć grono zaangażowanych w spór, jako że z pewnością kolejny smarkacz, chcąc podobnie zaistnieć wśród płci przeciwnej, ciśnie w mniej już miłego pana pod krawatem i cudem wciąż na krześle kolejną gumą do żucia, bądź, gwoli wspięcia się na wyżyny własnego intelektu lub pod wpływem olśnienia jednym z chędogo błyskających w stronę widowni reflektorów, dwiema gumami do żucia. To znowuż może zaangażować reprezentantkę trzeciej grupy widowni.
Trzecią grupę stanowi inteligencja, przybyła do teatru w nadziei odnalezienia pewnych sugestii interpretacyjnych. Naszą reprezentantką może być sąsiadująca z panem z dwiema gumami do żucia, poplamionym krawatem i krzesłem pani w wieku srednim, nosząca okulary, i zza szkieł mierząca surowym wzrokiem miotający gumami do żucia plebs, w heroicznym zamiarze przemówienia do jego rozumu, funkcjonującego na zasadach zbliżonych do świadomości roju pszczół. Nie dość więc, że nasza pani w okularach nie może skupić się na oglądanej sztuce, zostaje w bezpardonowy sposób poniżona przez obojętną smarkaterię. To zaś zwrócić może uwagę innego reprezentanta grupy trzeciej, za którego alegorię uważa się autor niniejszego felietoniku. Jakże bowiem może się czuć młody człowiek o potencjale intelektualnym dalece wyższym - nawet w ujęcu arytmetycznym - niźli jego najbliższe otoczenie? W takiej osobie rozpoczyna się psychomachiczna walka pomiędzy dojrzałym mężczyzną, a zawstydzonym nastolatkiem, który boi się wyjść na durnia przy innych nastolatkach, to zaś skutecznie odrywa jego uwagę od spektaklu, przykuwając ją do dywagacji nad ludzką egzystencją.
Wyraźnie widzimy przebieg deprecjacji podstawowych wartości w teatrze, w którym wysublimowane interakcje nadawczo-odbiorcze być może zostały zachowane, ale w formie skutków spółek tych kukułek, implikujących szereg dalszych, jakże destrukcyjnie na odbiór inteligentny wpływających, aspektów. Aktor, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie obserwuje go nikt, z pewnością nie jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Podobnie się sprawy mają ze scenografem, reżyserem, operatorem dźwięku i wszystkimi, którzy biorą udział w tworzeniu przedstawienia. I w tym miejscu dochodzimy do problemu zasadniczego. Co robi aktor, na którego nikt nie patrzy? Zwraca na siebie uwagę. Co robi reżyser? Zmienia scenariusz. Operator dźwięku? Zmienia muzykę. Scenograf? Scenografię. Wszystko zaś tylko i wyłącznie po to, by przykuć uwagę widowni. Reżyser dobrze wie bowiem, kto jest sprawcą rozprężenia - stara się przeto dotrzeć właśnie do grupy umownie przez nas nazwanej pierwszą poprzez wprowadzanie licznych wulgaryzmów, seksistowskiej erotyzacji, ścieżek dźwiękowych z najnowszych list przebojów etc. Wszystko to zaś w efekcie przybiera formę tak dalece karykaturalną, iż z pierwotnie zamierzonej aranżacji tworzona jest zupełnie nowa sztuka.
Dziwnym jest fakt, że ta nowa sztuka nie jest tworzona od podstaw, lecz stanowi zbiór zubożałych aranżacji dzieł dawnych mistrzów. I rozwiązaniem tego irytującego aliażu może być jedynie sprzeciw wobec idiotycznej terminologii teatrologicznej, określającej tak destruktywne przejawy degrengolady chytrym pojęciem "kicz na scenie".
|
| |
|
|
|
|
W ostatnich czasach ogromną wagę przywiązuje się do zagadnienia wyższości ludzi nad zwierzętami. Powstało mnóstwo teorii zakładających istnienie organizmów na wyższym stopniu ewolucyjnym, jak choćby szczury, delfiny, kosmici oraz redaktorzy poczytnych portali satyrycznych. O ile w kwestii tej powinno się chyba przyjąć za pewnik stanowisko kościoła katolickiego, nie tyle stawiającego człowieka na miejscu pierwszym, ile ponad całym królestwem braci mniejszych, o tyle jego nauki zaczynają zawodzić w świecie współczesnym. Czynniki bowiem, które w przeszłości ukształtowały naszą świadomość gatunkową i doprowadziły do prężnego rozwoju intelektualnego, w tej chwili uległy tak skrajnej degeneracji, iż działanie ich jest zgoła odwrotne. Długo można wymieniać poszczególne takie elementy, stąd skupimy się tylko na jednym z nich, a mianowicie na muzyce.
Rzeczą oczywistą i niemogącą być poddawaną sceptycyzmowi poznawczemu jest fakt, iż różnego rodzaju dźwięki towarzyszyły ludziom od zarania dziejów. Nawet warkotliwe chrumkanie, kaszel, chrząkanie tudzież walenie kamieniem o kamień lub głowę współplemieńca stanowiły pewien suplement komunikacji werbalnej. Człowiek jednak rozwinął je do tego stopnia, że stał się ich absolutnym panem i władcą. I wcale nie mówię tu o dysonansach Claude’a Debussy’ego, który dokonał absolutnego przełomu w zakresie harmonii, ani o Johannie S. Bachu, który podobnego przełomu dokonał parę wieków wcześniej. Bowiem niezwykłe znaczenie miała muzyka już w starożytności, o czym najdobitniej świadczy platońska teoria muzyki sfer czy też rozbudowane teorie metryczne gramatyków greckich. Świadczą one nieodmiennie o tym, że w dźwiękach daje się zamknąć wszystko: świat, człowieka, myśl, a nawet absolut.
Kusząca perspektywa dla muzyków. Dlatego też przez wieki tworzono nowe instrumenty, stosowano ich nowe zestawienia, modyfikowano zasady, według których miały być łączone poszczególne tony a także reguły, według których te tony miały być eliminowane. Muzyka towarzyszyła i towarzyszy ludziom zawsze i wszędzie. I o ile w tej kwestii niewiele się zmieniło, o tyle w ostatnich dziesięcioleciach, a szczególnie w przeciągu ostatnich piętnastu lat, miał miejsce swoisty przełom. Na czym on polegał? Otóż najprościej można powiedzieć, iż na powrocie do korzeni tych najgłębiej usytuowanych, czyli na sprowadzeniu wszystkich osiągnięć ostatnich dwóch tysiącleci do zera.
Nie, nie oburzajmy się na te słowa, bo to prawda. Nie ma w tej chwili gatunku muzycznego, który wnosiłby jakąkolwiek nową myśl, a większość z nich na dodatek rezygnuje z wartościowych rozwiązań wprowadzanych w pocie czoła przez ostatnich pięć wieków. Ktoś z oburzeniem wykrzyknie: jazz! A cóż to jest jazz? To czysta improwizacja, a więc odwoływanie się do instynktu. Kto kiedykolwiek otworzył podręcznik z zasadami jazzu wie, że nie miało to większego sensu, a kto nie otwierał go nigdy, niech wie, że ja otworzyłem niejeden. Ktoś krzyknie: muzyka filmowa! Tych kilku wiernych apologetów klasycznej harmonii to w rzeczywistości jedynie reprezentanci odchodzącego pokolenia, którzy – proszę wybaczyć - długo już nie pożyją. A zauważmy, że coraz częściej muzyka filmowa, będąca chyba jedynym przejawem zainteresowania muzyką klasyczną we współczesnym świecie (przykłady takie, jak Piotr Rubik nie będą póki co analizowane), coraz częściej od klasyki odbiega, sięgając po młode gatunki takie, jak choćby w przypadku nędznego widowiska A. L. Webbera. Właśnie, ktoś wykrzyknie: rock! Ale rocka już nie ma, Elvis naprawdę umarł, podobnie jak Budda, Chrystus i Nietzsche, a to, co zapoczątkował, uległo całkowitej degradacji, choć i tak było niczym więcej jak unowocześnioną wersją ronda powstałego w późnym baroku, a dokładniej w okresie klawesynistów francuskich. Czy ktoś wykrzyknie coś jeszcze? Blues – uproszczona forma jazzu. Pop – zdegradowana wersja rocka. Disco polo – mieszanka zdegradowanej wersji rocka z techno, będącym zdegradowaną wersją muzyki senso stricto. Hip hop? Bardziej brak muzyki, bo ograniczający się do jedynie rytmu, przy eliminacji sfery wokalno-instrumentalnej (trudno bowiem zbanalizowany recytatyw określić mianem sfery wokalnej) Heavy metal? Przekombinowana wersja rocka. Punk? Zdegradowana wersja heavy metalu. Hard core? Mieszanka heavy metalu ze zdegradowaną jego wersją. Mówić dalej? Po co? Doskonale widzimy już o co chodzi. Przeważająca większość tzw. rockmanów stwierdzi, że to, co nazywają overdubbingiem, zostało wynalezione przez grupę Iron Maiden. Tymczasem, w znaczeniu, o którym mowa, był on stosowany już w średniowieczu, a udoskonalił go Bach. Ale któż o tym wie?
W tym miejscu doszliśmy do punktu, w którym widać już zarys największego problemu, przed jakim stoi współczesny muzyk. Chodzi o świadomość słuchacza, która dziś przyjmuje już raczej formę nieświadomości, lub – któż bowiem nie chce być określany naukowo – quasi-świadomości pseudoreceptywnej. Nie dotyczy ona jedynie Bacha i overdubbingu z naszej małej egzemplifikacji, ale muzyki w ogóle. Bo jeśli młody człowiek woli iść na dyskotekę, niż do filharmonii, słowem, jeśli preferuje łupanie w bębny, niż koncert fortepianowy Mozarta, to świadczy to o jego zacofaniu, niestety, i o zaniku wartości kulturowych w jego świadomości. W nawias weźmy kwestię semantyki pojęcia strój wieczorowy, pod którym winien kryć się smoking, nie zaś obwisłe portasy, zwane tajemniczo „szelestami”, podkoszulki, które by wyzbyć się ich bieliźnianych konotacji, nazwano nowomodnie „T-shirt’ami”, czy raczej, jak niedługo liberalni językoznawcy każą mówić, „tiszertami”. Ale z czym to się wiąże? Oczywiście, Drogi Czytelniku, że z naszą kochaną ekspansją kultury masowej, której zgubne skutki przewidywał już Stanisław „Witkacy” Witkiewicz, a które się potwierdziły i to we wszystkich szczegółach. Katastrofa nadeszła i jedynie w najgłębszych kręgach piekielnych wiadomo, co z tym fantem zrobić – wszak tam, jak ironizował Herbert, utrzymuje się wciąż pełnoetatową orkiestrę.
Ludzie szukają przyziemnej podniety miast wyższych wartości, dlatego słuchają miarowego dudnienia, pobudzającego wytwarzanie noradrenaliny, o czym sami zresztą zapewne nie wiedzą. Poszukują jednocześnie ucieczki w świat nadświadomości, biorąc narkotyki i nie zdając sobie nawet sprawy z tego, czy u nich przypadkiem nadświadomość po prostu nie istnieje. Przypomina to mycie zabłoconej posadzki brudną szmatką, nasączoną dla nadania uroczych pozorów intensywnie reklamowanym w telewizji żrącym środkiem, który prędzej usunie szmatę, niż brud.
Nie sprowadzam, rzecz jasna, współczesnej młodzieży do rangi ćpunów i pijaków spod monopolowego, bo byłaby to autoironia. Problem ten dotyka nas wszystkich, także mnie, choć nie słucham techno. Bo oczekiwania tłumu nie sprzęgają się z moimi oczekiwaniami, w efekcie czego w radio słucham blondynek o krągłych piersiach, które starają się wydobyć z siebie śpiew, przepuszczając swój głos w studio przez dwadzieścia rozmaitych filtrów. Nikt już nie pamięta div operowych, które potrafiły wydobyć z siebie potężne dźwięki nie będąc wyposażone w złote, inkrustowane sztucznymi diamencikami mikrofony. Świat muzyki prawdziwej przechodzi powoli do podziemi. Jeśli powiedzieć nowopoznanemu osobnikowi, że słucham Liszta, ten skrzywi się patrząc na mnie tak, jakbym miał długi nos i siwe, długie włosy, a jeśli powiem, że słucham Bacha, skrzywi się jeszcze bardziej, patrząc na mnie tak, jakbym nosił perukę. A co on powie? Że słucha Wiśniewskiego. Tyle że nie sposób spojrzeć na niego tak, jakby miał czerwone włosy i mnóstwo kolczyków, bo ma je w istocie.
Nie wiem, jak daleko może ludzkość zabrnąć w to bagno, nim się utopi, ale boję się, że potrwa to jeszcze dobrą chwilę. Przywoływany już Herbert pisał o demuzykalizacji we współczesnym mu świecie, zaś proces ten trwa nada i rozwija się coraz szybciej sprowadzając muzykę do parteru. I co wtedy zostanie? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, co jest teraz.
Pozostał tylko bęben bęben
dyktator muzyk rozgromionych.
|
| |
|
|
|
|
 |
 |
| |
 |  |  |
|
Materiały publikacyjne Satyrykonu ar- chiwizowane są po upłynięciu dwunas- tomiesięcznego okresu ich emisji na ła- mach portalu. Archiwalne felietoniki pa- rodystyczne redaktorów prowadzących dostępne są po ich pobraniu na dysk w formacie skompresowanym RAR.
|
Aktywnie udostępniane wiadomości o nowościach publikacyjnych Satyrykonu.
|
Redaktor naczelny Satyrykonu Diuk Stukpuk Esq.
Z-ca redaktora naczelnego Satyrykonu Matias de Śledź Esq.
Red. Pruce Wszechmyślący
Red. Płaksin
Red. Urlam Turlam
|
 |
|
|
|
 |
|