 |
|
Na zakładzie jestem zatrudniona od czterdziestu dwóch lat. Z czego dwa odsłużyłam w wojsku. Bo komenda garnizonowa uznała, że mam w sobie więcej ikry niż niejeden chłop i wzięli mnie w kamasze. Oj, dałam ja popalić niektórym zupakom. Jednego to nawet do kotła z kawą wrzuciłam, jak mnie wnerwił. Niepotrzebnie pouczał, ile ma być bromu w kawie? Jak wylądował w tym bromie, to do dzisiaj nie spojrzy na babę. No, a po wyjściu do cywila już na stałe przejęłam ten bufet. Porządek, jak pan widzi, redaktorze. U mnie wszystko na glanc. Panie Bronku, ruszaj się pan, bo premię potrącę! To nasz magazynier. Za komuny nie było dnia, żeby czegoś nie zamachlojkował. Na przykład sześć kilo wołowiny z kością wyniósł w berecie. Ochrona na bramie się nie kapła, bo pan Bronek ma wodogłowie, to i beret nosi spory.
Umiał wodę lać pan Bronek, oj umiał. Choćby podczas kontroli - żeby cielęcina trzymała wagę. Raz jak dolał wody do mięsa, to w ciężarówce, co nią na wagę wjeżdżał, resory puściły. Kiedy indziej pan Bronisław wpadł na pomysł wstawiania w komis grzybków ze swojej działki. Tyle że on pod linią energetyczną mieszka i jak klienci w bufecie najedli się jego pieczarek, to potem świecili oczami niczym latarnia morska.
Ale czasy się zmieniły. Odkąd sprywatyzowano naszą placówkę, pan Bronek sporządniał. Czasami nawet występuje w programie pani Jaworowicz jako ekspert od walki z przekrętami. Co klientowi podać? “Zupkę pięć minut” polecam! Za pół godziny podam, bo mikrofalówka się zepsuła i podgrzewamy na paliwie turystycznym. Tylko Sanepid usterkuje, bo mamy koncesję wyłącznie na ekologiczny wyszynk. Z ekologicznych to podajemy alkohol. Zero etylu. Do picia się nie nadaje, ale można śmiało lać w silnik. Książkę życzeń i zażaleń sobie klient winszuje? Proszę uprzejmie. Długopis nie pisze? Bo to atrament sympatyczny w przeciwieństwie do klienta. Kulturalny człowiek długopis nosi ze sobą. Chce pan poczytać książkę życzeń, redaktorze? Służę uprzejmie. Ale tam dużo do czytania nie ma. Można powiedzieć – “Biała księga”. Z książek to polecam menu. Osiemdziesiąt stron tekstu w czternastu językach. Bo my kuchnię międzynarodową prowadzimy.
Pani Ziuto, kawior raz! Tylko niech pani dobrze zamiesza, bo się kaszanka zgrudowała. Ale specjalnością naszego bufetu są dania regionalne. Polecam szpinak wyszczuplający a la minister Kalisz oraz drożdże wysmuklające a la poseł Giertych. Niezłe są też flaki na oleju. W tych gustuje Marek Dyduch. To zresztą słychać, kiedy poseł dynamicznie wygłasza expose o stanie lewicy. Toaleta płatna, mistrzuniu! Kartą kredytową płacić? Do końca życia będzie pan sikał? A, po kawie. To co innego. Trochę bromu sypłam, żeby klienci ręce trzymali przy sobie. O reputację trzeba dbać.
Taka porządna jestem, panie redaktorze.
|
| |
|
|
|
|
Mężczyzna w odblaskowym kombinezonie z napisem „stop” na plecach i transparentem takiej samej treści przeprowadza dzieci przez jezdnię.
Przechodzimy, dzieci, przechodzimy!... chcesz przejść do następnej klasy, musisz najpierw przejść przez jezdnię... warto przejść do wyższej klasy...ja doszedłem aż do profesury... profesor jestem... nadzwyczajny... tylko potem w nadzwyczajnym trybie zlikwidowano etaty na uniwersytecie i zostałem zredukowany... odtąd uczę w szkole podstawowej, a dorabiam na ulicy... chyba niezręcznie to zabrzmiało?... dzieciom bezpieczny powrót do domu zapewniam... władza na naukę nie ma środków, to komu potrzebny profesor historii?... zresztą prawdziwa historia dzieje się na ulicach - tak mi jedna pani w pośredniaku powiedziała... powstania, insurekcje, wojny, to wszystko na ulicach... niby racja, więc jestem w swoim żywiole... szkoda tylko tych dwudziestu pięciu lat kariery naukowej... ale państwo nie ma na naukę, bo musi dopłacać rolnikom... czyli tym, co stoją na ulicach... no, więc mnie także, między innymi... (pisk opon)...
Jedź człowieku!... to nie blokada... mnie płacą za przechodzenie przez jezdnię!... fakt, że niezbyt wiele... jakbym poszedł na zasiłek dla bezrobotnych, dostałbym więcej... ale żeby zapracować na emeryturę, muszę mieć ciągłość pracy w szkolnictwie, więc wolę już te pasy... Oj, te pasy... jak wracam do domu, to nic innego nie widzę... pasy i pasy... czarne, białe, czarne, białe... syndrom konika szachowego... zresztą ja poruszam się tym samym systemem: trzy kroki do przodu jeden w bok.... w bok dlatego, że muszę wcisnąć kontrolkę... taki przycisk... po to, żeby ministerstwo edukacji miało pewność, ze się nie obijam w czasie zajęć pozalekcyjnych... jak nie wychodzę swojego pensum, nie zapłacą wcale...w ciągu dnia to z tysiąc razy przejdę w tę i z powrotem...no, więc wieczorem w mieszkaniu tak szybko mi nie mija... pięć razy do wanny wejdę zanim się wykąpię...a i tak wyłażę namydlony...choroba zawodowa...a przecież jeszcze klasówki trzeba uczniom sprawdzić... sprawdzam, chodząc...”Poloneza” (dawniej “Chodzonego”) sobie włączam, maszeruję i sprawdzam... nawet przez sen chodzę... wczoraj mi się śniło, że się zaciągnąłem do piechoty wybranieckiej i Psków oblegam razem z Batorym... do tego doszło, że prywatnie przez jezdnię nie przejdę, mowy nie ma - pasowstręt... Pocieszam się, że obserwacje różne można poczynić nawet i na ulicy... może jak wrócę do pracy naukowej, to się przyda?... kto na przykład słyszał za Jagiellonów, żeby uczeń stał materialnie wyżej od nauczyciela?... a dzisiaj?... młodzież do szkoły mercedesami zajeżdża, a grono pedagogiczne gimbusem... mnie w związku z tymi godzinami pozalekcyjnymi też autorytet u młodzieży siada... no, bo, jak może być inaczej, skoro przed 15-tą wchodzę na stół i krzyczę do uczniów “Żołnierze, czterdzieści wieków patrzy na was!!!”, a po 15-tej oni patrzą, jak ja paraduję w tym kontuszu i pokrzykuję na taksówkarzy... Ostatnio nawet dzieciaki zrobiły mi kawał: zablokowali kontrolkę gumą do żucia, żebym się nie mógł rzetelnie meldować w ministerstwie... ale im się zrewanżowałem: jak był dzień wagarowicza, to tak długo ich trzymałem przed pasami, że nie zdążyli przed zamknięciem sklepu nocnego... Mimo to, praca pedagoga cieszy się jednak zaufaniem społecznym...według instytutu badań opinii publicznej plasujemy się gdzieś między wojskiem a parlamentem... pod względem skali trudności wykonywanego zajęcia bliżej nam do parlamentarzystów... oni tam przyciskają przycisk i podnoszą rękę... my tak samo... (przyciska przycisk, podnosi rękę i rusza; słychać pisk opon)...
Dzieci przeprowadzam, nie widzi pani?... jaki heppening?... jakbym w garniturze pracował, to by pani pomyślała, że jestem zwykłym dilerem... muszę się odróżniać... Na dilerach, nawiasem mówiąc, można złapać nadgodziny... bo za każdego doprowadzonego na komisariat otrzymujemy pięć złotych... dziennie ze czterech takich się złapie, co to dzieciom narkotyki oferują bez wiedzy dyrekcji... dwadzieścia złotych wychodzi, łatwy rachunek... na trampki starczy…
Niedługo wakacje...za zarobione pieniądze wybieram się na wycieczkę śladami Pierwszej Brygady... niestety... będzie to wycieczka piesza... ale trampki przecież kupiłem...
|
| |
|
|
|
|
Trzy złote, kochany... tyle dzisiaj kosztuje gazeta... jak to: dlaczego?... dodatek o finansach, więc duża objętość... jakby było o pracy kosztowałoby taniej... to co, że trzy złote?... zobacz pan ile w Ameryce kosztuje... półtora dolca...jest interes?... tu kupisz, tam sprzedasz i jesteś pan dobry... weź, złociutki, dodatek o turystyce, to dowiesz się, jak dojechać do tej Ameryki... interesów mam pana uczyć.
Aaa, witam panienkę... co podać?... mentolowe?... już się robi... ale panienka przeczyta: "Minister ostrzega, że grozi bezpłodnością"... to co, że minister męskiego rodzaju... ostrzec jeszcze zdążył, zanim płeć z zmienił w ramach lansowania programu "in vitro dla wszystkich".
Pan szanowny czego sobie życzy?... chciałby pan uczcić z żoną dzień kobiet... "Księżniczka Soraya" w sprayu, może być? Racja, nie da się rozlać do kieliszków... więc spray odpada...
"Poradnik giełdowy"?... służę uprzejmie... w środku zamieszczają bezpłatny bonus... czerwone szelki maklerskie... mąż próbował... do spodni się nie nadają, ale można psy na spacer wyprowadzać... ostatnio jak małżonek był na Czerniakowie, nasz “Burek” już w Śródmieściu, a „Ciapek” to prawie pod Ożarowem... takie rozciągliwe szeleczki...
Witam stałego klienta.... guma?... tym razem do żucia?... rozumiem, żona wróciła z sanatorium... miętowa?... smaczna... ale uwaga na szczękę... jak ktoś ma sztuczny garnitur, potrafi skleić niczym butapren... jeden spiker użył przed wręczeniem Wiktorów...n a uroczystości zaniemówił... przerzucili go potem do komentowania filmów w porannym paśmie... wersja dla niesłyszących... rękami nadgania.
Ulgowych nie ma... jak chcesz się pani z chomikiem komunikacją tarabanić, to za zwierzę trzeba płacić 100%... takie przepisy... opłaca się kupić kartę miejską, bo w cenę wliczony pobyt w ZOO... sama jesteś małpa!
A ty, chłopcze, po jakiemu do mnie mówisz?... mul-ti-med-ial-ne-si-di-co?... nic dziwnego, że potem uprowadzacie samoloty bez wsiadania do nich!
Proszki od bólu głowy?... służę uprzejmie... dwa, dwadzieścia... dwa, dwadzieścia!... dwa, dwadzieścia!!!... całe szczęście, że po piętnastym nie muszę już się tak wydzierać, bo emerytom na luksusy tylko do połowy miesiąca starcza.
Znaczki pocztowe dla klientki?... owszem, posiadamy... tańszy: Oleksy biesiadujący z Ałganowem, i droższy: ojciec Tadeusz w helikopterze... droższy, bo część opłaty idzie na abonament RWE... jak to: co?... Rydzyk Wyzwala Europę... nie widzi pani?... na znaczku wyraźnie napisane, z której strony ślinić!
Kupony Lotto?... ciągnij synku... wygrałeś wagon wody mineralnej "Oskrzelanka"?... nie masz czego żałować... do wyboru woda mineralna albo soki "Multibida"...ale soki robione z "Oskrzelanki" - różnica w barwniku... I tak masz szczęście, chłopcze... tydzień temu jedna klientka... porządna kobieta skądinąd... wygrała nagrodę główną: dożywotnia prenumerata "Gościa Niedzielnego"... a ja niedziele jak w sam raz mam wolne... co za los?... człowiek w święto poszedłby do kościoła lub w gości... a tak?... do samej do emerytury... od deski do deski "Gość Niedzielny" i "Gość Niedzielny"... a wzrok już nie ten, niestety...
|
| |
|
|
|
|
Przyznaję, troszkę zabalowaliśmy. Ale jak mogło być inaczej, skoro wreszcie przyznali nam te mistrzostwa? Kto by się spodziewał? Przecież jedyny stadion, jaki mamy, właśnie rozebrali kibice. I to jeszcze zanim wojewoda wydał zgodę na jego budowę. Wojewoda też się zresztą rozebrał. Do spania na noc. I jak rano panowie z CBA wyprowadzali go w piżamce z domu to się wcale nie stawiał. Zresztą na początku myślał, że to swoi, bo chłopcy z przyjaznej mu grupy o charakterze zbrojnym też często grasują w kominiarkach. A jak już się połapał w swoim fous pas to krzyczał do dziennikarzy: „Nie mam nic do ukrycia”. I nawet nie próbował. Aż zażenowana pani rzecznik biura musiała zakrywać mu to i owo sankcją prokuratorską.
Więc w takich właśnie specyficznych okolicznościach Komitet przyznał nam te mistrzostwa. To nic innego jak cud boski! Pierwszą decyzją Ministra Sportu było w związku z tym wybudowanie kaplicy w miejscu rozebranego stadionu. A stadion tymczasem musi poczekać na swoja lokalizację. Na razie zorganizowaliśmy przetarg. Poprowadzi go szef związku. On ściśle współpracował z wojewodą. I tu się nic nie zmieniło. Będą kierowali przetargiem z jednego bloku więziennego. Szef związku siedzi za co innego. Ale póki co prokurator nie przedstawił zarzutów, bo nie mieściły się w piętnastu tomach śledztwa. Więc jak na razie szef związku jest czysty. Można powiedzieć , że nasze środowisko jest bardzo czyste. „Czysta” zresztą królowała na wczorajszym bankiecie po wczorajszej wiktorii. Tylko prezes komitetu olimpijskiego nie był zadowolony takim obrotem menu, bo jako człowiek negroidalny wolał trunki kolorowe. Po naszej „czystej” zzieleniał kompletnie. A potem to już tylko śpiewał „Czarny chleb i czarna kawa…”.
Na prezesa też są podobno jakieś kwity, więc chłop trenuje. Nie, sportu prezes nigdy nie uprawiał. Trenuje względem tego, że na bloku, gdzie prace koncepcyjne odnośnie mistrzostw prowadzą już szef i wojewoda ta piosenka cieszy się dużym wzięciem. Prezes woli nasz blok niż ten u siebie w bantustanie. Bo tam w więzieniach królują narkotyki. A prezes - człowiek sportu, wiadomo - dopingu nie uznaje.
Wracając do mistrzostw. To wielka szansa na skok cywilizacyjny naszego sportu. Jako gospodarze mamy awans zapewniony. Władze państwowe kombinują, by pójść za ciosem i zorganizować u nas na przykład forum państw wydobywających ropę naftową. Od razu doszlusowalibyśmy do potentatów światowych. To co, że nie mamy szybów? Ale, my, znaczy kadra zarządzająca się sprawdziliśmy przy organizacji mistrzostw. Skoro potrafiliśmy załatwić turniej sportowy nie mając stadionów, to w czym problem? Zresztą o działaczach też trzeba pomyśleć. Bo skończą się mistrzostwa sportowe i co z nimi? Trzeba zagospodarować materiał ludzki. A jak się ich, czyli działaczy, przerzuci do roboty nad „działką naftową”? Załatwią co się da, bo działać potrafią - to raz. Dwa - rządowi odpadnie problem bezrobotnych, bo będziemy mieli zajęcie. A trzy… nafta to w końcu nasz żywioł. My bardzo lubimy „naftę”….
|
| |
|
|
|
|
(Roznegliżowana dziewczyna tańczy na rurze w klubie Go-Go)
O, dzisiaj chyba kompletu nie będzie... przed wypłatą nie należy się spodziewać nadmiaru klientów... nawet biznesmeni w tych czasach robią bokami... a tutaj jak w boksie zawodowym... obowiązuje zasada “pejperwju”...znaczy: płacisz, oglądasz... a nie, to pan Władek, co był jeszcze gorylem Rokossowskiego, a u nas jest ochroniarzem lokalu, leje w szczękę…
Skoro biznesmeni cienko przędą, co dopiero mówić o zwykłej drobnicy, która raz na całe życie przyjdzie poznać uroki tańca erotycznego w tajemnicy przed żoną?... oni tym bardziej dzisiaj nie wpadną... zwykle jak wpadają, potem wyjść nie chcą... pan Władek ma pełne ręce roboty…
Kiedyś żona takiego jednego przyszła do mnie na skargę, że jej męża na manowce sprowadzam, bo ten każe tańczyć kobicie wokół wieszaka. Z tym wieszakiem przyszła, bo się nijak nie mogła wyplątać. A ten jej mąż się w tym czasie skutecznie wyplątał z małżeństwa.
(Przygodny klient wkłada tancerce banknot w wycięciu dekoltu)... Dziękuję, szeryfie... Jakie reszty? … Z bankomatem mnie pomylił księgowy jeden…
Przychodzi tu trochę przygodnych, bo reklamowanie lokalu nie jest proste… straż miejska nie pozwala wtykać ulotek za wycieraczki samochodów... za to grozi kolegium... chyba, że wetknie się ulotkę za wycieraczkę samochodu z napisem “Straż Miejska”... tylko, że taka ulotka obowiązkowo musi być koloru zielonego lub posiadać napis: Narodowy Bank Polski i wizerunek jakiegoś króla...
(Po akrobatycznym popisie tancerki rozlegają się sporadyczne brawa)... Do zawodu przygotowywałam się w szkole baletowej... miałam być “Szeherezadą” z “Baśni 1001 nocy”, ale w akademiku często odbywały się “balety”... polubiłam je tak samo jak taniec... kiedy ludzie biją brawo, czuję się jak nowa Isadora Duncan... ja w końcu też preferuję “taniec wyzwolony”... wyzwolony spod cenzury obyczajowej, oczywiście…
Robię to odkąd na reklamie ulicznej wszystkim modelkom zaklejono biusty arkuszami z napisem “Cenzura”... ale biust biustowi nierówny... jedne panienki więc miały napis “Cenzura”, inne tylko “cenzurka”... Ale u mnie, to już cenzurka z czerwonym paskiem...
(Tancerka zrzuca z siebie fragment garderoby)... Ciężka ta skórzana bielizna... ostatnio jak trafiłam kabaretką jednego klienta, to spadł pod stół. Właściwie to pod tym stołem leżał już wcześniej, bo oblewał odzyskanie prawa jazdy, które mu zabrali za jazdę po pijaku.
W ogóle pracujemy na kiepskim sprzęcie... rura zbyt wyślizgana... artystki początkujące muszą uważać, żeby nie wpaść w turbulencję podczas akrobacji...
(Rozlegają się skromne, pożegnalne brawa)... Na dzisiaj dosyć... przebieram się i pędzę do domu... muszę się wyspać, bo rano dorabiam jako strażak w miejscowej remizie… na alarm po rurze zjeżdżam lepiej niż plutonowy Osuwała… tylko z gaszeniem pożarów bywa różnie… plutonowy to taki nagrzany na mój widok lata, że podczas akcji belki mu się na pagonach stopiły i odtąd jest już tylko starszym szeregowym…
|
| |
|
|
|
|
Prokurator:
Wysoki sądzie! Pozwany Witold B., znany w środowisku jako “Szpinak”, ma na sumieniu bogaty katalog przestępstw. Całe życie oskarżonego to jedno nieprzerwane ich pasmo. Witold B. już kiedy rano wstaje wkracza od razu na drogę przestępstwa. Owszem, normalnemu człowiekowi, kiedy tak rano wstaje, zdarza się przestąpić: jeden przestępuje kałużę, inny z nogi na nogę w tramwaju.
Nie Witold B. jednak! On to, kiedy sączy poranną kawkę, już myśli, co by tu przestąpić wbrew prawu.
I tak oskarżony Witold B. dopuścił się organizowania kontrabandy, wstawiając w ajencję lokalom gastronomicznym alkohol marki royal, który, spożywany ukradkiem, powodował oderwanie konsumentów od ich funkcji życiowych. Ofiarą działalności Witolda B. padła między innymi restauracja sejmowa, a zwłaszcza jej goście, zmuszeni uprzednio-wbrew decyzji magistratu-dokonywać degustacji “na szybko” i pod stolikiem. Efekty były widoczne na mównicy, w hotelach poselskich czy podczas blokady dróg.
Oskarżony tłumaczył w toku postępowania przygotowawczego, iż spodziewał się, że napój marki royal będzie pożądanym artykułem na salonach władzy. W związku z powyższą deklaracją Witoldowi B. został przedstawiony zarzut chęci obalenia ustroju siłą, poprzez restaurację. Rzecz jasna, restaurację monarchii.
Na polu alkoholowych ekscesów Witold B. zresztą osiągał coraz to śmielsze normy. Niniejszym przedstawiony zostaje więc oskarżonemu zarzut uszkodzenia siedemnastu alkomatów, jakimi posługiwała się policja drogowa podczas rutynowego badania go. Wówczas to Witold B. swoim dmuchnięciem przekroczył wszystkie dopuszczalne wskaźniki, zniszczył mienie publiczne (sztuk siedemnaście) i poprawił rekord Guinessa, należący do niego samego, z czasów, gdy chronił go jeszcze immunitet.
Zgnilizna moralna zawsze towarzyszyła działalności Witolda B. Oskarżonemu prokuratura zamierza udowodnić, że prowadził salon odnowy biologicznej przy regionalnym oddziale ZHP. Witold B. korzystał przy tym ze zwolnień podatkowych należnych organizacjom młodzieżowym. Pod przykrywką salonu odnowy biologicznej działała jednak regularna agencja towarzyska nie zaś hufiec zuchów. Zgadzały się jedynie: nieletni wiek zastępowych oraz motto im przyświecające: “czuwaj!”, bowiem agencja miała charakter całodobowy. Anonsowane przez Witolda B. lekcje “Szkoły przetrwania w mroku z Finką u boku” miały tym samym charakter dosłowny.
Oskarżony nie stronił od przemocy. Dopuścił się oto potraktowania gaśnicą śniegową czterech komorników, którzy usiłowali zająć użytkowany przez niego salon, za jaki nie płacił czynszu. Witold B. twierdził przy tym, że eksmisja ma charakter bezprawny, bo przeprowadzana była w zimie. Zdaniem Witolda B. komornicy winni zaproponować wywłaszczanemu apartament zastępczy na okres mrozów, bowiem w zimowych warunkach jedynym procesem biologicznym jaki może się dokonywać jest hibernacja. Ta jednak z założenia przeczy istocie odnowy. Nie przeczy mu zaś postawa komorników tymczasowo zamrożonych.
Witold B. oskarżony jest także o pranie brudnych pieniędzy. Procederem tym zajmował się Witold B., organizując pralnię chemiczną, na którą nie posiadał koncesji. Koncesję taką oskarżony usiłował wymóc poprzez wręczenie darowizny majątkowej osobom odpowiedzialnym za organizację przetargu publicznego. Niestety, jak się okazało, darowizna miała charakter nieuprany, czym naraziła na konsekwencje komisję przetargową. (Obecny adres: ZK. Wronki).
W związku z naruszeniem przez oskarżonego wszystkich paragrafów nowego kodeksu karnego razem wziętych wnoszę dla Witolda B.: o maksymalny wyrok dwóch lat więzienia spędzonych w celi z zaprzyjaźnioną komisją!
Adwokat:
Wysoki sądzie! Obecnemu tu Witoldowi B. zarzucone zostały-zdaniem prokuratora-najgorsze czyny, przewidziane nowym kodeksem karnym. Rzecz w tym, iż wszystkie te rzekome niegodziwości oskarżony miał popełnić w czasie vacatio legis, czyli kiedy obecny skład sędziowski był jeszcze na wakacjach.
Witold B. zresztą także był wówczas na wakacjach. Konkretnie w Kolumbii. Przecierał tam świetlisty szlak turystyce międzynarodowej. Są na to dowody w postaci wydruków bankomatowych, jakich Witold B. dokonywał w mateczniku Kolumba.
Wszystkie z postawionych przez oskarżyciela zarzutów blednąć zresztą muszą wobec niepomiernych profitów, jakich dostarczył Witold B. budżetowi naszego kraju. Można powiedzieć, że każdy kolejny minister finansów w kwestii przychodów skarbu państwa mógł liczyć na Witolda B. bardziej, niż na wpływy z abolicji.
Dlatego mój klient oczekuje rewanżu! Wysoki sądzie! Postawę nacechowaną chęcią odkupienia swoich dawnych win-poprzez gorliwą służbę dla ojczyzny-notowała polska historia tylko dwukrotnie. Pierwszym przedstawicielem takiej postawy był Andrzej K., znany jako “Babinicz”, drugim Witold B, znany jako “Szpinak”. Złośliwy ów pseudonim nadany oskarżonemu przez dziennikarzy ma w sobie jednak ziarno prawdy-Witold B. hojnie szafował zielonymi. Stał się przez to sławny jako filantrop sponsorujący na przykład sport żużlowy. To dzięki jego łaskawej ręce nasi żużlowcy jeździli, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, z tłumikami na rurach wydechowych i korkami w uszach.
Witold B. przyczynił się również, w ramach akcji “Artyści dla Rzeczpospolitej”, do renowacji Teatru Narodowego, który wiele lat wcześniej spalił się ze wstydu. Zarzut wysuwany przez złośliwych, że Witold B. działał nieświadomie, bo dzięki niemu Andrzej Żuławski może nas katować klasyką literatury polskiej, traktować należy jako nikczemną zemstę. “Zemstę” Fredry oczywiście. Istotnie, Witold B. według tygodnika “Wyprost” znajduje się w pierwszej setce najbogatszych Polaków. O skromności oskarżonego niech zaświadcza jednak fakt, iż we wspomnianym rankingu przed nim plasują się: jego żona, teściowa, kierowca oraz fryzjer.
Zarzuty o pranie brudnych pieniędzy poprzez inwestowanie w budowę pomników wielkich rodaków także nie są trafione, jako że Witold B. ufundował w swoim ogrodzie zaledwie jeden pomnik: ulubionego kota. Prawdą jest tylko to, że kot wabił się “Edgar”.
Z braku znamion złej woli oskarżonego, oraz w świetle jego wielkich zasług wnoszę o uniewinnienie Witolda B. oraz wypłacenie mu odszkodowania w wysokości wprost proporcjonalnej do jego pozycji w tabeli tygodnika “Wyprost”, a następnie przekazania go na rzecz Fundacji Ofiar Demokracji.
Sędzia:
Sprawa Witolda B. zostanie skierowana do ponownego rozpatrzenia, a procedura będzie przeprowadzona od początku.
Uzasadnieniem powyższego stanu rzeczy jest fakt, że nadzorująca przewód przewodnicząca kolegium sędziowskiego Janina W. niespodziewanie została nominowana przez premiera na urząd syndyka masy upadłościowej elektrociepłowni miejskich.
Do chwili wznowienia sprawy Witold B. będzie pozostawał na wolności.
Zwłaszcza, że w Centralnym Areszcie Śledczym na czas przerwy letniej zostanie odcięty dopływ ciepłej wody.
|
| |
|
|
|
|
Witam państwa serdecznie ze Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie, skąd będę miał przyjemność komentować mecz piłki nożnej Polska-Reszta Świata!
Jak państwo zapewne wiecie, ten wspaniały obiekt sportowy obchodzi właśnie pięćdziesięciolecie istnienia. Kiedyś po murawie tego giganta biegali: Pele, Gerd Muller czy Kazimierz Deyna. Ostatnimi jednak laty ganiały na nim głównie reprezentacje Trzeciego Świata oraz siły MSWiA. Dzisiejsza uroczystość to pożegnanie z legendarnym stadionem, który wkrótce idzie do rozbiórki.
Dlatego też owemu wydarzeniu towarzyszy podniosła atmosfera.
Na trybunie honorowej korpus dyplomatyczny... o, jeden z dyplomatów okazał się persona non grata... uszczypnął żonę konsula pewnego księstwa... dziwię się... on co prawda niezła persona, ale jej raczej bliżej grata... Obowiązują dzisiaj stroje galowe...wyłamała się jedynie żona premiera, która przyszła w bikini. Widzę, jak z tramwajów i autobusów wylewają się kibice i suną w kierunku korony stadionu. Suną...o...jeden zasunął drugiego...widocznie któryś nie skasował biletu.
Tymczasem hymny...hymn Reszty Świata wykonuje Edyta Górniak... cóż za bogactwo dźwięków... słychać w jej głosie gorące rytmy samby, a nawet echa tyrolskiej natury... Teraz hymn Polski...śpiewa miejscowy artysta hip – hopowy - Poldek duże Gie... publiczność podchwytuje słowa... jaka wspaniała kakofonia głosów... sektor po lewej śpiewa “... póki my żyjemy...”... sektor po prawej odpowiada unisono “... odbijemy...”...i odbijają, odbijają...
Uroczystego otwarcia zawodów symbolicznym kopnięciem piłki dokonuje Prezydent. Już kopnął... cóż za finezja... prezydent niejedno w życiu skopał... Piłkę przejmuje Reszta Świata... atakują naszą bramkę... można rzec: oblężenie Częstochowy... o, bramka dla przyjezdnych... nasz obrońca, Chełminiak, wyręczył etiopskiego napastnika... ten gol przejdzie zapewne do historii jako najszybciej zdobyta bramka... nie wiem nawet, czy asysty nie zaliczyć prezydentowi...
Wznowienie gry... ruszają nasi... niestety bez piłki... tę przejmują zawodnicy Reszta Świata... na szczęście nie dogadali się... w Unii Europejskiej obowiązuje język angielski, ale zawodnik szwajcarski do Unii nie należy... u niego w kraju obowiązują cztery inne języki... swoją drogą, jak on się dogaduje z żoną?... Kontra... lewym skrzydłem idzie Badylak... idzie, idzie... ale za wolno... w takim tempie nie zdąży przed zmrokiem... wprawdzie na stadionie zainstalowano sztuczne oświetlenie, ale od 22-giej obowiązuje druga strefa i jak będzie niekorzystny wynik władze miasta zapowiedziały, że nie zapłacą...
Nasi kryją strefą, ale centra na nasze pole karne... reprezentant Nepalu na spalonym... przyzwyczajony, on dokonuje samo spalenia kilka razy w życiu...
Wolny dla Polaków... wymiana piłki... wymiana zdań... niepotrzebne gesty wobec sędziego... nasz pomocnik pokazuje, co sądzi o prowadzeniu się mamusi sędziego... jeszcze nie, o, już się doigrał... sędzia wyjmuje, co tam ma... wyjął pistolet gazowy... to nie te zawody, panie sędzio... jest czerwona kartka dla naszego pomocnika...
Na widowni gwizdy... publiczność coś skanduje... jeśli dobrze słyszę: “sędzia swój, sędzia swój...”, znaczy swój człowiek, bo on z Węgier pochodzi... bratanek - jeśli trafnie odczytuję intencje publiki... Sędzia też gwiżdże... na przerwę gwizdnął...
A w przerwie mamy miłą uroczystość... prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego dokona dekoracji prezesa Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego... już wspina się na palce... są pewne trudności... prezes PKOL w młodości był dżokejem, za to prezes MKOL - koszykarzem... prezesa PKOL podsadza ktoś z prezydium... już medal wisi na szyi prezesa MKOL... och, jak on mu wisi...
Koniec przerwy... Nasi w natarciu... piłkę przejmuje jednak zawodnik angielski... ale, co się dzieje?... Anglik biegnie w kierunku swojej bramki... zapomniał chyba, że po przerwie była zmiana stron... wiadomo u nich wszystko odwrotnie... ruch lewostronny itede... już wychodzi na pozycję strzałową... nasi nie mogą go dogonić... może lepiej niech nie próbują, bo bramki nie będzie... GOOOOOOOL!!!!!!... Badylak leci z gratulacjami, Chełminiak za nim... Anglik robi tradycyjną kołyskę... trener gości wymownie kołysze biodrami, jakby chciał zasugerować, że też ma udział w ojcostwie...
Mamy remis... Wznowienie gry... Znowu oblężenie naszej bramki... polska defensywa dwoi się i troi... można rzec: oblężenie Troi... dobiega dziewięćdziesiąta minuta meczu... dotrwać do końca... dlaczego sędzia nie gwiżdże... Badylak wybija piłkę z pustej bramki, ale trafia w Chełminiaka, rykoszet... gol dla Reszty Świata!!!... tragedia!!!...nasi płaczą... gwizdy na widowni... lecą butelki...ławki... wózki dziecięce... kibice skandują: ”sędzia swój, sędzia swój!”, więc chyba doceniają pracę arbitra... Ale nie, otrzymuję meldunek, że samochód arbitra już płonie... podobnie jak sektory A,B,C,D... właściwie płoną wszystkie z wyjątkiem jednego... nie rozumiem... ach tak, podpowiada mi zaprzyjaźniony redaktor, że w tym sektorze siedzą kibice drużyny gości... no cóż, co kraj, to obyczaj...
Ale w takim tempie to my tego stadionu nie rozbierzemy!
|
| |
|
|
|
|
Brązowy medalista
Jaki ładny hymn. Odkąd prezydent podpisał akt naturalizacji - mój, narodowy. Słowa trochę trudne. Kazali się nauczyć zanim stanę się pełnoprawnym obywatelem. Ale niby kiedy miałem, skoro reprezentacja mnie potrzebowała natychmiast? Albo, albo. Albo skaczę o tyczce, albo się uczę nowego języka. A niby po co języka, skoro mam tłumaczkę. Ona mi wszystko wyjaśniła językiem ciała. Jedyne dwa słowa, jakich się zdążyłem nauczyć nie występują w hymnie. One podobno są zaczerpnięte z łaciny. Tłumaczka mówiła, że będę reprezentował bardzo dzielny naród, który ciągle przegrywa. I że ja po to jestem, żeby wreszcie wygrał. To się nawet zgadza, bo w słowach tego hymnu to oni podobno wciąż o coś walczą. A jakoś nie słychać, żeby choć raz wygrali. O sporcie zresztą też tam nic nie ma. Mówią że mają inne narodowe pasje, a w tyczce im nie idzie. No to mnie namówili, bo ja skaczę tak od dziecka. Matka jak mnie po gałkę muszkatołową wysyłała do sąsiadów z innego plemienia to tylko o tyczce. A to wszystko po ojcu, bo on jak się z dziadkiem wybierali na kokosy to bez tyczki nie wychodzili z szałasu. Wchodzić też nie wchodzili, bo po tych kokosach to potem przez tydzień leżeli pod palmą. Mama mówiła, że to nie były kokosy tylko napój vodoo. W mojej nowej ojczyźnie też podobnie nazywają ten napój. Tata zresztą dobrze mówił: „chcesz mieć w życiu kokosy - jedź za Wielką Wodę”. No to pojechałem. I teraz stoję na podium. Mam trzecie miejsce. Byłoby pierwsze, ale dali mi tyczkę co się nie zgina. Trener uprzedzał: „na początek damy ci sztywną, bo jak za bardzo się wychylisz to cię podkupią do bogatszego klubu”. Ale ja swoje wiem. Szaman plemienia mi to powiedział: „twój nowy kraj wprawdzie ma trudny hymn i sztywne tyczki, ale elastyczne zwyczaje”. I to się zgadza, bo uznają mnie tu za swojego. Z tymi dwoma słowami, które znam niemal wszystko mogę załatwić. A jak jeszcze dobrą tyczkę dostanę, to zrobię rękami gest tutejszych tyczkarzy. On pokazuje, że każda tyczka może się złamać. Zwłaszcza jak jest sztywna.
Srebrny medalista
Niekiepski ten medal. Srebrny. Jak przed wyrokiem zawinąłem jednemu gościowi podobny, to mi prokurator chciał przyfastrygować trójaka. Ale papuga tłumaczył, że ja daltonista i się na kolorach nie rozumiem. A teraz mam taki krążek za darmo. No, niezupełnie za darmo. Musiałem się naskakać, żeby wypuścili z kicia na tę olimpiadę. W więziennych zawodach miałem taki wynik, że klawisze sami wnioskowali o moje wcześniejsze zwolnienie, bo się bali, że im skoczę przez druty. A tak mają mnie ze łba. Ten gościunio, co wygrał się cieszy ze złota. Poczekam aż skończą hymny i zrobię podmiankę. On i tak zapłakany ze szczęścia, nie zauważy różnicy. Można by i tego Murzynka zrobić. Po co mu medal? I do tego brązowy? Żeby mu od kolorowych wyzywali na ulicy? O, ten prezes co wiesza medale ma ładny sygnecik. Jak się wyciągnie, żeby mnie udekorować też można mu ulżyć. Jest i obrączka ślubna. Ale to za chwilkę, bo będą przemowy. Nudzi ten prezes jak teściowa przy deserze. Całkiem jakbym słyszał naczelnika we więźniu. Tylko tamten pytluje kiedy wcięty jabolem, a ten tak gada z przekonania. Nie znam tego języka. To pewnie tutejszy. Ja w rubryce języki tylko grypserką się mogę poszczycić. Ale szef drużyny kazał się nie wychylać. Jeden z naszej ekipy chciał się pochwalić że ma w domu cała gablotę pełną medali to nie zdążył wrócić do chałupy i już mu nieznani sprawcy rąbnęli złote puchary. Pisali w prasie, że to pół melona warte. A gdzie tam? Paser ledwie dwie skrzynki wódki odżałował. A i tak zbrakło. Wiec kolesie mówią: skocz na metę, bo ty dobry w sporcie jesteś. I się skoczyło. Tylko zamiast na tę co się puka trzy razy w parapet u pani Malwiny, to ja na olimpijską metę trafiłem. Bo wysoko sobie w życiu poprzeczkę zawieszam, to fakt. I byle wynikiem się nie zadowolę. A że lubię dobrze robotę wykonać, to i medal przywiozę do kraju. A może i trzy. Do tego sygnet i obrączka. Jak tak dobrze zrachować w sumie pięć kółek olimpijskich z tego wyjdzie. Naród może być ze mnie dumny. Wychodząc z więzienia, wszedłem na ludzi.
Złoty medalista
Będą dekorować. Brązowy udekorowany, srebrny też, teraz moja kolej. Trzeba pierś wciągnąć. Żeby się prezes komitetu nie połapał, że mam piersi. Bo gotów mnie zdyskwalifikować albo przenieść znów do dyscyplin żeńskich. Te piersi nie chciały się cofnąć po zmianie płci. Kierownik sekcji, prywatnie mój mąż, mówi, że mam ładną sylwetkę. On, a właściwie ona, miał taką przed kuracją dopingową. Więc teraz zazdrości. Zmiany biologiczne poszły nam w odwrotnych kierunkach. Jemu, a raczej jej, przybyło w biodrach, a mnie doszedł zarost. Ale pozostaliśmy w związku, tylko imiona zmieniliśmy. I nadal jesteśmy udanym małżeństwem. Takie anomalia są normalne po przejściu na zawodowstwo. Na przykład triumfator poprzedniej olimpiady obecnie wrócił do sekcji młodzieżowej. Przeszedł mutację zwrotną a teraz mówi dyszkantem. I znowu zaczął się bawić klockami lego. Stąd nazwa: sport wyczynowy, bo tu każdy wyczyn przejdzie. Ale jak się spędza cały dzień w siłowni to potem natura musi jakoś odreagować. A jak dietetyk jeszcze pomyli środki wspomagające organizm to już w ogóle się robi niebezpiecznie. Facet myli się często, gdyż ma na głowie wszystkie sekcje sportowe federacji. Bo u nas obowiązuje ujednolicony system szkolenia i odżywiania. Więc wszyscy sportowcy muszą brać lekarstwa od tego samego dietetyka. I ciężarowcy i dżokeje. Pewien dżokej po leczeniu farmakologicznym u naszego dietetyka to na parkurze zarwał swojego konia. Tak przytył. I to przez jedną noc. Ale efekty sportowe są widoczne. Ja na przykład przed kuracją skakałem tylko o tyczce. A teraz to mi i tyczka niepotrzebna. Tylko masażysta doradził, żeby jej dla pucu używać, bo publika nie uwierzy, że można podskoczyć tak po prostu siedem metrów do góry. Miły człowiek ten masażysta. Poprzednio grał w brydża, ale po faszerowaniu sterydami dodatkowe palce mu wyrosły, więc nie chcieli go dopuścić do zawodów. Skończył się jako sportowiec. Prezesi bali, się że będzie za szybko tasował tymi dodatkowymi palcami. Ale związek nie zostawia swoich ludzi w potrzebie: wzięli go na masażystę. Ja też już myślę o zabezpieczeniu sobie sportowej emerytury. Otwieram butik z damską bielizną. Od jakiegoś czasu jej nie używam.
|
| |
|
|
|
|
Proszę położyć dłonie na biurku, panie prezesie, niech się wzajemnie kontrolują….to lepiej wygląda na wizji…startuje pan pod hasłem „czyste ręce”….trzeba by zmienić krawca, bo palców prawie nie widać spod marynarki...właśnie moja firma jest od tego, żeby doradzać politykom…
Sygnecik radzę przykryć…wygląda jak kastet…wiem, że chce pan uchodzić za silnego mężczyznę…skoro tak to zalecam więcej sportu, bo sylwetka mikra jakaś...coś podobnego?...robi pan sto pompek w miesiącu?...średnio wychodzi po trzy dziennie, a w niedziele nawet cztery…racja, zapomniałam…dzień święty pan święci….
Nie rozumiem?…nad dykcją też trzeba a popracować, bo coś mruczy pan pod nosem…nawyk podziemny?...ma pan wygłosić orędzie o stanie państwa czy podać gryps?…no to proszę szeroko otworzyć usta i powiedzieć: MOI RODACY…hmmmm…zrozumiałam: GONIĆ ROGACZY…wiem, że pan mimo siedemdziesiątki na karku kawaler, ale radzę nie prowokować mężczyzn…to połowa elektoratu…
Może spróbujemy w innym języku?...pan poliglota, no, proszę…GOD BLESS THEM…KOT BEZ PCHEŁ?...to zostańmy lepiej przy mowie ojczystej…
Tym hobby też się lepiej nie chwalić…koty nie podziałają na wyobraźnię społeczną…proponuję coś bardziej męskiego...o, ma pan broń palną…ten renifer na ścianie to pańskie trofeum?...prezent?...faktycznie jest dedykacja: „mojemu pieseczkowi na pamiątkę wspólnych zimowych wieczorów: LUCYNA z małżonkiem”….
Tak, krążą legendy o tym, jaki to dżentelmen z prezesa…radzę uwypuklić, że całuje pan damy w ręce…proszę zademonstrować…ale krawat trzeba przypiąć do koszuli, bo przy schylaniu przypomina pan rozkładający się leżak…najlepiej to niech się pan nie schyla wcale…przy tym wzroście nie ma sensu…
Buty na wysokim obcasie wprawdzie dodają wzrostu…ale różowe kozaczki z frędzelkiem odpadają…zwłaszcza do słomkowego garnituru…ja wiem…sentyment, bo przystępował pan w nim do pierwszej komunii…zgadza się, leży jak ulał nawet dziś…ale przyjmować delegację episkopatu nie uchodzi…oni wszyscy na czarno, więc kontrast zbyt duży…
Właśnie: delegacje zazwyczaj witamy w towarzystwie pierwszych dam…i tu jest mały kłopot…protokoły dyplomatyczne nie uznają za damę kogoś takiego jak pan Waldek…wiem, że to zaufany długoletni osobisty kierowca pana prezesa… pomijając fakt, że on jest zdecydowanie nie tej płci co trzeba…ten człowiek nie ma kindersztuby…sama widziałam jak mu jeden citroen zajechał drogę…pan Waldek zaraz złapał za lewarek i gonił gościa po stolicy…czy on ma chociaż międzynarodowe prawo jazdy?...nie?...no, niech pan sam powie…czy ktoś taki może reprezentować kraj zagranicą?
Panie prezesie, co też pan?...oświadczyny?...pochlebia mi propozycja małżeństwa…właściwie to się zgadzam…ale mam jedną wątpliwość…czy poradzi pan sobie jako pierwsza dama?
|
| |
|
|
|
|
Dwóch kloszardów szpera w wysypisku śmieci.
Wyniosły: (wyciąga pożółkłe wydanie gazety) Patrz, ale były czasy: Nekrologi dawali na pierwszych stronach!
Przebiegły: Twojego by nie dali.
Wyniosły: Wtedy byłem figura. Spróbowali by nie dać.
Przebiegły: Teraz prędzej bym cię znalazł w dziale “errata do biografii”. (mnie gazetę) Nada się na skręta (zaciąga się papierosem). Poezja.
Wyniosły: Kiedyś dostałbyś czapę za taką profanację organu.
Przebiegły: Dzisiaj co najwyżej podpadam pod paragraf o naruszaniu środowiska naturalnego. Ale co tu naruszać? Jedno wysypisko śmieci wyczerpuje całą ustawę.
Wyniosły: A ludzie nie doceniają naszej pracy. Gdyby nie my, cały ten chłam przysypałby kochaną ojczyznę.
Przebiegły: Dzięki nam powstaje drugi obieg.
Wyniosły: Chciałeś powiedzieć: wtórny obieg.
Przebiegły: Nie zajmujmy się polityką, bo ona się nami już raz zajęła. Kiedyś zwalczaliśmy drugi obieg. A teraz z niego żyjemy (Wyciąga spod zwałów maszynę do pisania) Wstawi się do Desy.
Wyniosły: Znowu nas zamkną, jak wtedy, kiedy oddaliśmy do skupu Biedermayera.
Przebiegły: Kto wiedział, że został skradziony z Urzędu Pełnomocnika d/s Zwalczania Bezrobocia?
Wyniosły: W areszcie przynajmniej mieliśmy dach nad głową. I prenumeratę „świerszczyków”
Przebiegły: Więzienie uniwersytetem proletariatu. Ale fanty podczas rewizji przepadły. Mnie zabrali zabytkowe lorgnon.
Wyniosły: I tak wyglądałeś w nim jak zaskroniec po resekcji zęba mądrości.
Przebiegły: Licz się ze słowami, miazmacie historii, który wyrzuciła na śmietnik klasa robotnicza!
Wyniosły: Człowiek całe życie poświęcił niuansom dialektyki a tu taka deklasacja.
Przebiegły: My, awangarda marksizmu już nie jesteśmy pasem transmisyjnym od nadbudowy do bazy.
Wyniosły: Teraz możemy holować na pasku do bazy, znaczy skupu złomu, te resztki po komunizmie. (wyciąga z kupy śmieci kałasznikowa) Widzisz to, co ja?
Przebiegły: O, relikt Doktryny Breżniewa.
Wyniosły: Wiem, sam podczas plenum pisałem w ubikacji zaproszenie do radzieckich towarzyszy , żeby wkroczyli z takimi
Przebiegły: Dlaczego w ubikacji?
Wyniosły: Bo akurat tam był papier (celuje przez szczerbinkę na chybił trafił; mimowolnie także w Przebiegłego).
Przebiegły: (przestraszony) Ty, przepraszam cię za ten miazmat…jutro mam zebranie Związku Zawodowego Bezdomnych. Nie mogę się spóźnić, bo otwieram dyskusję panelową.
Wyniosły: Wiesz co? A gdyby tak zrobić porządek z tymi, co wprowadzili kraj w nędzę?
Przebiegły: Będzie problem: większość siedzi. Widziałem w telewizji.
Wyniosły: A skąd ty wytrzasnąłeś telewizor?
Przebiegły: W celi, jak siedziałem.
Wyniosły: A ich tam wtedy nie widziałeś?
Przebiegły: Byli na przepustkach (otrzepuje z kurzu wyciągnięty z gruzów portret jakiegoś dostojnika; ciekawie się przypatruje). Tego znam. Za jego czasów nie było bezdomnych.
Wyniosły: Fakt, to ten co po wojnie postawił kraj na nogi.
Przebiegły: Chyba posadził? Nie budował domów, bo wynajmował rodakom lokale. Niektórzy to i bez wyroku siedzieli w takich lokalach po kilka lat.
Wyniosły: Ale potem przyszła amnestia i większość wyszła.
Przebiegły: (wyciąga zabrudzoną butelkę; ogląda ją pod światło). W środku coś jest.
Przebiegły: Może pieniądze?
Wyniosły: (wydłubuje z wewnątrz kartkę) “Alchemik Cagliostro zamknął w tej butelce męża swojej kochanki. Ktokolwiek znajdzie proszę mnie wypuścić!”.
Przebiegły: Zamykaj szybko! Po co nam jeszcze jeden nieszczęśnik do spółki na tym świecie?
Wyniosły: Oddamy do muzeum?
Przebiegły: Coś ty! Lepiej zanieśmy do skupu!
Wyniosły: Oszalałeś? Butelki chodzą po pięć groszy. Żeby wyjść na swoje, musielibyśmy chyba odkopać całą piwnicę królewską. Zresztą to zabytek klasy zero!
Przebiegły: Chyba 0 i …pół. Litra, znaczy się.
Wyniosły: Widzisz: każda epoka zostawia po sobie coś charakterystycznego. Nasza radziecki karabin, pamiątkę po alchemiku. Jak myślisz, co zostawi obecna?
Przebiegły: O, zobacz podpaska Dody Elektrody!
Wyniosły: Skąd wiesz, że jej?
Przebiegły: Sama mówiła w dzienniku, że takich używa.
Wyniosły: Bezideowe czasy, bezideowe….
|
| |
|
|
|
|
 |
 |
| |
 |  |  |
|
Materiały publikacyjne Satyrykonu ar- chiwizowane są po upłynięciu dwunas- tomiesięcznego okresu ich emisji na ła- mach portalu. Archiwalne felietoniki pa- rodystyczne redaktorów prowadzących dostępne są po ich pobraniu na dysk w formacie skompresowanym RAR.
|
Aktywnie udostępniane wiadomości o nowościach publikacyjnych Satyrykonu.
|
Redaktor naczelny Satyrykonu Diuk Stukpuk Esq.
Z-ca redaktora naczelnego Satyrykonu Matias de Śledź Esq.
Red. Pruce Wszechmyślący
Red. Płaksin
Red. Urlam Turlam
|
 |
|
|
|
 |
|