 |
|
A więc w tym roku amnestii nie było. Nie te czasy. Kiedyś, znaczy za pryszczatego ustroju, 22 Lipca znaczyło tyle, co wakacje. Za dobry sprawunek E.Wedel gwarantował ci wyczekiwany kontakt z rodziną. Niestety, jeden facet skoczył przez mur w Gdańsku i wyszło jak wyszło. To musiał być ktoś z naszych, bo nieźle grypserą rzeźbił...
Od tej pory amnestie mają wymiar ruchomy. Raz takie coś wypadnie 11 listopada, to innym razem 15 sierpnia. Zwariować można. Człowiek porządnie nic zaplanować nie jest w stanie, bo jak tu się ustawić na grubszą robotę w lecie, kiedy wypuszczą dopiero zimą. Jedyne co nas ratuje to przepustki okolicznościowe. Tylko wtedy można pozałatwiać sprawy urzędowe na wolności. Jak ktoś ma dużo takich spraw to i trzy dni mało.
Porządki we więźniu zresztą teraz inne co kiedyś. Telewizory kolorowsze niż dawniej, prasa ciekawsza. Dużo kobiecej. Przeważnie na oddziałach męskich, jak u nas. Mój herbatnik, "Supeł" mówi, że to taka nowsza wersja wychowania w świadomości socjalistycznej. Że niby jak się chłopaki naczytają porad sercowych, to łagodnieją i nie w głowie im granda. "Supeł" wie co mówi, bo jego zawód wyuczony to kurator sądowy. Wiele lat się biedak poświęcał, a potem wyszło, że niepotrzebnie. Zawód, znaczy, nieprzyszłościowy. Grosze płacili mu za obcowanie z kryminalistami, więc musiał zmienić branżę. No to zmienił. Został biegłym rewidentem grupy o charakterze zbrojnym. Wpadł przez niewinność: zbiegł z miejsca przestępstwa, aż go złapali i zrewidowali. Mówię: ...biegły ...rewident.
U nas w celi jest "starszym". Wykłady nam robi: polityczne i z Prawa Rzymskiego. Zna temat od podszewki. A oddziałowi się z nim liczą. Pisze im pozwy rozwodowe i anonse do biur matrymonialnych. Tylko że filozof i ciężko zrozumieć o co mu się rozchodzi. Dlatego ma ksywę "Supeł". Na mnie pod celą wołają "Homer", bo zdolności mam do literatury. Przez grzeczność nie przeczę.
|
| |
|
|
|
|
Sezon urlopowy na ukończeniu. Mimo to, mnóstwo kuracjuszy widuje się w naszym pensjonacie. Niektóre twarze powszechnie znane. Połapać się nie można. Jednego dnia w telewizorze oficjalnie mówią, że taki jeden z drugim są nadziejami polskiej prywatyzacji, a nazajutrz mijamy się na spacerniaku. Już całkiem prywatnie.
Jak choćby ten łysy. Dałbym głowę, że to sponsor strategiczny jednej fabryki szamponów przeciw łupieżowych. I faktycznie: łupieżu nie ma.
No, a ilu mecenasów kultury mamy na stanie? Dosłownie się obijają o siebie. Ale kulturalni, nie można powiedzieć, są nad wyraz. Jak taki rzuci wiąchę to od razu widać salonowy szyk. Nic z prostactwa, a i jakieś słówko francuskie czasami w zdaniu wtrąci. Nieprzypadkowo za murem zajmowali się odcinkiem kulturalnym.
Jeden albinos na przykład przymierzał się do przeniesienia na ekran wielkiej literatury. Zaproponował reżyserowi Wajdzie sfilmowanie "Chaty wuja Toma", ale w tym czasie mistrz kręcił akurat skromny i kameralny film autobiograficzny z budżetem na 100 milionów dolarów i z planów nic nie wyszło.
W branży do dziś mówią na albinosa: "Wuj". On sam zresztą zachęcał artystów do większej poufałości jednym cytatem, który pamiętał z jakiejś książki przygodowej. Mów mi wuju! - wołał do artystów, wręczając swoją wizytówkę. Albinos dobrze kombinował, bo w szkole podstawowej wyżej wymienionej lektury przeczytać nie zdążył, ponieważ akurat nie zdał do tej klasy, w której ona obowiązywała.
Potem porzuciwszy szkołę zajął się biznesem i już nie miał głowy do sztuki. Teraz chętnie by taką książkę obejrzał w kinie. Zwłaszcza, że kilka kin posiada. To spadek po działalności w innej branży, kiedy to robił w truskawkach. Jak wiadomo truskawki muszą być hodowane w ciepłym klimacie. Kino taki warunek spełnia. Właśnie na tych truskawkach "Wuj" się przejechał do mamra. Bo kiedy siadła klimatyzacja kina truskawki szlag trafił. "Wuj" wrzucił je do rzeki i niechcąco skaził środowisko. Jak się o tym dowiedzieli "Zieloni" to dawaj pikietować pod jego chatą . "Wuja" zapuszkowali u nas, żeby mu oszczędzić nieprzyjemnych demonstracji motłochu.
Przytomny "Supeł" twierdzi, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, ponieważ na odsiadce "Wuja" zyska cała polska kinematografia. On sam zaś niedługo wraca do własnej chaty na Karaibach za poręczeniem majątkowym wystosowanym przez Busines Center Club. Tam ma plantację daktyli i trochę służby. Tak około tysiąca ludzi.
|
| |
|
|
|
|
Głodujemy! Nie dosłownie, bo dyrektor zakładu bardzo się stara. Rzucili go na nasz odcinek ze szkolnictwa, ponieważ brał łapówki za handel czerwonymi paskami na świadectwach. Wylądował na bocznicy. Ale promotorzy dyrektora postanowili przetrzymać go do lepszych czasów w przechowalni, czyli u nas. Niesie kaganek oświaty. Złośliwy "Supeł" mówi, że raczej kaganiec.
Dlatego dyrektor wychodzi ze skóry, żeby nam dogodzić, bo w razie dobrych wyników pracy, ma szanse wrócić tam gdzie jego miejsce. Czyli do polityki. Nie pierwszy to już raz więziennictwo staje się trampoliną do kariery publicznej. Towarzysz Gorki powiadał, że dla niego kryminał jest uniwersytetem życia, więc dyrektor idzie szlakiem uświęconym przez doświadczenia swoich mentorów.
W tym wypadku na przeszkodzie mogą stanąć jednak przyczyny obiektywne. Nic to, że dyrektor stawał na głowie, żebyśmy chodzili najedzeni jak ludzie, żebyśmy mieli zapewniony opierunek, żebyśmy telewizory mieli w każdej celi, a nie jak dotąd jeden na cały oddział. Wszystko furda i to przez jednego od pezetu.
Przyszedł do nas niedawno. Chodziły słuchy, że para się pezetem, czyli przestępczością zorganizowaną. To się potem potwierdziło, bo wyrok dostał mały. Mniejszy na ten przykład niż "Stojak".
"Stojak" jest oszustem. Zawsze na wolności ustawia się w centralnym punkcie wydarzeń i sprawia wrażenie, jakby mógł coś załatwić. A to flaszkę, a to odroczenie z wojska, a to bilet na koncert Rafała Blechacza. Sprawia wrażenie, bierze kasę od frajerów i znika. Ostatnio zainkasował forsę za załatwienie koncesji na budowę autostrady, no i się rypło. Dostał trójkę. A ten od pezetu tylko rok.
Wiadomo rok nie wyrok. Ale jemu i to było za dużo. Tylko tyle mógł wymodelować jego papuga, choć ekspert pierwsza klasa. No więc temu od pezetu szykował się rok opalania w kratkę.
Na to taka fisza pozwolić sobie nie może. No bo jak tu mówić o opalaniu, kiedy na wolności interes bez właściciela kręci się jak ruleta w Monaco? A z obiegu szybko można wypaść. Zwłaszcza, kiedy baczenie na całość mają pojętni uczniowie hodowani na własnej piersi: jeden szkolony w Afganistanie, a drugi w Wołominie. Więc ten od pezetu wyczaił sprawę i dalej udawać chorobę przewodu pokarmowego. No bo jak na co dzień przyzwyczajony do kalmarów z Sheratona, to zwykłej szynki on nie ruszy. Nie ma głupich. I głodówkę założył, a nas przekonał, że będzie w naszym interesie jeśli ją poprzemy. Jako argument zamówił dostawę Johny Walkera z tego całego Sheratona. Klawisz "Lucek" wygrał w oko z tym od pezetu autograf Cicioliny, to mu na rękę poszedł i nie sprawdzał dokładnie zawartości paczki z alkoholem.
A kiedy już zjedliśmy całą dostawę z Sheratona, to żaden z nas nie miał apetytu przez kilka dni. Tak więc głodówka udała się nadzwyczajnie.
I tylko dyrektora szkoda, bo było ludzkie panisko. A teraz się zmarnuje w tym więziennictwie do końca życia. Za to ten od pezetu już wyszedł. Nawet pocztówkę nam przysłał. Zaczyna się od słów "Pozdrowienia ze słonecznej Sycylii...".
|
| |
|
|
|
|
W związku z przeludnieniem cel w zakładzie rozgorzała dyskusja o współczesnym systemie penitencjarnym.
Krach gospodarczy i zastój w budownictwie doskwierają i nam.
Dochodzi do takich sytuacji, że w celi pięcioosobowej siedzi dziesięć osób. A właściwie nie tyle siedzi, co leży na piętrowych pryczach. Ci z góry nie mogą się przewrócić na drugi bok a z dołu nawet na pierwszy. Na spacerniak zaś to się trzeba zapisywać miesiąc naprzód.
W tym celu "Supeł", jako kulturalno-oświatowy, zorganizował w świetlicy debatę nad stanem rzeczy.
Ja, rzecz jasna, jako człowiek obyty z piórem stenografowałem przebieg zdarzenia, a "Stojak" zasłaniał wizjer, żeby klawisz "Lucek" nie przeszkadzał w zebraniu.
Jako pierwszy do głosu zapisał się "Cyklop", który prawe oko stracił w trakcie podglądania jednej rencistki w przymierzalni supermarketu, co ona mu skutecznie wybiła z głowy.
"Cyklop" stwierdził, że oddzielenie ministra od prokuratora generalnego pogorszy sytuację, bo jak ich później zamkną, to się ciaśniej w celach zrobi.
Dodał, że na jego oko ten numer jest bez sensu.
Następnie głos zabrał "Kierownik", który za doprowadzenie do bankructwa pegeru odsiaduje dożywocie. Jego odsiadka to bolesna kara dla nas, bo gość przynudza gorzej niż Orzeszkowa Eliza.
Wystąpienie "Kierownika" nacechowane było dużym zrozumieniem dla faktów (co przejawiało się we wtrącaniu dziwnych słów w rodzaju: natomiast, w analogicznym okresie roku ubiegłego, kierunki rozwoju itp.) ale do kwestii istotnych niewiele wniosło.
Kolejna wypowiedź była już znacznie bardziej rzeczowa, bowiem wstał "Kapsel", co lewą powieką potrafi piwo otworzyć, mówiąc krótko: Ciasno ale własno.
"Kapsel" jest wprawdzie za przekształceniami własnościowymi. Cudzych w swoje zazwyczaj.
Pryncypialny ton miało też wystąpienie "Małżowiny", twierdzącego, że prawo być musi. Jego postawa spotkała się wkrótce z uznaniem dyrekcji, a przejawiła się w okolicznościowej przepustce. "Małżowina" nie przez przypadek ma taką ksywkę. Lubi słuchać i na krzywdę współwięźniów jest czulszy niż mambrana. O kłopotach osadzonych zaraz melduje naczelnikowi "Gumie".
Niestety, "Małżowina" zawiódł pokładane w sobie zaufanie, gdyż wspomniana przepustka w jego wykonaniu skończyła się niepowrotem. Odludnił tym samym nasz przeładowany zaklad.
Dyskusję zamknął "Supeł" stwierdzeniem: Co rok to prorok, które miało się odnieść do rychłej wymiany na stanowisku prokuratora generalnego.
A potem za kare zamknieto jego, znaczy "Supła" w izolatce. Ma chłop szczęście. Cały miesiąc w samotności. Wyśpi się na obu bokach do woli.
|
| |
|
|
|
|
Nasza placówka jest otwarta na świat. Nie mam na myśli otwarcia w sensie dosłownym, chociaż ledwie wczoraj jeden biegas dał nogę z izolatki i wybrał wolność. Historia o tyle zagadkowa, że gościu leczył we wspomnianej izolatce właśnie rzekomo chore kulasy. A mimo to dał wióra, co już samo w sobie nienajlepsze wystawia świadectwo klawiszom na bramie. Oni poniekąd zostali usprawiedliwieni, ponieważ w trakcie feralnego wieczoru oglądali "Magazyn 997" pana Fajbusiewicza. A odcinek był wyjątkowo ciekawy, bo traktował o podkopach więziennych. Pewnie by ich ukarano, znaczy klawiszy, ale nazajutrz tj. dzisiaj mieli oprowadzać po zakładzie studentów resocjalizacji, którzy u nas praktyki zaliczają, no więc dano im spokój.
Jako się rzekło placówka nasza otwartą jest, o czym świadczy choćby dzisiejsza wizyta studenterii w tych murach. Towarzystwo, nie powiem, inteligentne. Od razu sympatię poczułem, bo prócz zainteresowań zawodowych, wspólną atencję do nauk humanistycznych żywimy.
Studenci wykazali się dociekliwością niezwykłą. Klawisz "Lucek", który za kustosza robił, nie mógł się wprost opędzić od drobiazgowych pytań tych pętaków. Wpadł na temacie "Pozbawienie wolności a wolność sama". Akurat "Lucek" o wolności ma blade pojęcie, jako że nie wyszedł poza mury więzienia od czasu ślubu. On dobrze wie, czym grozi powrót na łono teściowej. Dlatego woli wolność we więźniu. Jak dopowiada znawca dialektyki - "Kierownik": Wolność to uświadomiona komiczność.
Coś w tym jest.
Klawisza "Lucka" zastąpić więc musiał "Supeł", który jest dobry na wszystko. Wypadł świetnie, zwłaszcza gdy płynną mową francuską (przydały się "Supłowi" wypady po dzieła sztuki zawinięte z Luwru) opisywał studentom historię naszej Bastylii. Bo jak się okazało wśród wycieczki znalazły się praktykantki z Paryża, w ramach wymiany młodzieżowej.
Ten ostatni fakt był przyczyną drobnego zamieszania, gdyż koledzy odsiadujący dłuższe wyroki postanowili zażyć bliższej znajomości z mieszkankami okolic placu Pigalle. Na posterunku odnalazł się wtedy dzielny kapral "Lucek", który za pomocą gaśnicy śniegowej ostudził rozbuchane międzynarodowe temperamenty.
Na pamiątkę naukowej wizyty studenci porozdawali więźniom długopisy z nazwą uczelni- Wyższa szkoła zarządzania zasobami ludzkimi. Brzmi fatalnie, ale jak mawia stare porzekadło: nauka to wiedzy klucz. Oby to nie był klucz od celi.
My z kolei wręczyliśmy młodzieży ręcznie dziergany pasiak z logo naszej placówki.
Na koniec pstryknęliśmy sobie wspólną fotografię na tle spacerniaka. Będzie ono wisiało w izbie pamięci obok takich relikwii zakładu, jak: kajdanek, którymi skuwano Bagsika, gazrurki "Łomiarza", czy grypsów miłosnych Kalibabki.
Drobnym zgrzytem było jedynie zachowanie klawiszy, którzy po wyjściu wycieczki odebrali nam świeżo otrzymane prezenty, ponieważ stwierdzili, iż długopisami można wydłubać udany podkop.
Świadczyć miał o tym program "997" opisujący historię ucieczki niejakiego Monte Christo, z zawodu hrabiego.
|
| |
|
|
|
|
Prokurator:
Wysoki sądzie! Pozwany Witold B., znany w środowisku jako “Szpinak”, ma na sumieniu bogaty katalog przestępstw. Całe życie oskarżonego to jedno nieprzerwane ich pasmo. Witold B. już kiedy rano wstaje wkracza od razu na drogę przestępstwa. Owszem, normalnemu człowiekowi, kiedy tak rano wstaje, zdarza się przestąpić: jeden przestępuje kałużę, inny z nogi na nogę w tramwaju.
Nie Witold B. jednak! On to, kiedy sączy poranną kawkę, już myśli, co by tu przestąpić wbrew prawu.
I tak oskarżony Witold B. dopuścił się organizowania kontrabandy, wstawiając w ajencję lokalom gastronomicznym alkohol marki royal, który, spożywany ukradkiem, powodował oderwanie konsumentów od ich funkcji życiowych. Ofiarą działalności Witolda B. padła między innymi restauracja sejmowa, a zwłaszcza jej goście, zmuszeni uprzednio-wbrew decyzji magistratu-dokonywać degustacji “na szybko” i pod stolikiem. Efekty były widoczne na mównicy, w hotelach poselskich czy podczas blokady dróg.
Oskarżony tłumaczył w toku postępowania przygotowawczego, iż spodziewał się, że napój marki royal będzie pożądanym artykułem na salonach władzy. W związku z powyższą deklaracją Witoldowi B. został przedstawiony zarzut chęci obalenia ustroju siłą, poprzez restaurację. Rzecz jasna, restaurację monarchii.
Na polu alkoholowych ekscesów Witold B. zresztą osiągał coraz to śmielsze normy. Niniejszym przedstawiony zostaje więc oskarżonemu zarzut uszkodzenia siedemnastu alkomatów, jakimi posługiwała się policja drogowa podczas rutynowego badania go. Wówczas to Witold B. swoim dmuchnięciem przekroczył wszystkie dopuszczalne wskaźniki, zniszczył mienie publiczne (sztuk siedemnaście) i poprawił rekord Guinessa, należący do niego samego, z czasów, gdy chronił go jeszcze immunitet.
Zgnilizna moralna zawsze towarzyszyła działalności Witolda B. Oskarżonemu prokuratura zamierza udowodnić, że prowadził salon odnowy biologicznej przy regionalnym oddziale ZHP. Witold B. korzystał przy tym ze zwolnień podatkowych należnych organizacjom młodzieżowym. Pod przykrywką salonu odnowy biologicznej działała jednak regularna agencja towarzyska nie zaś hufiec zuchów. Zgadzały się jedynie: nieletni wiek zastępowych oraz motto im przyświecające: “czuwaj!”, bowiem agencja miała charakter całodobowy. Anonsowane przez Witolda B. lekcje “Szkoły przetrwania w mroku z Finką u boku” miały tym samym charakter dosłowny.
Oskarżony nie stronił od przemocy. Dopuścił się oto potraktowania gaśnicą śniegową czterech komorników, którzy usiłowali zająć użytkowany przez niego salon, za jaki nie płacił czynszu. Witold B. twierdził przy tym, że eksmisja ma charakter bezprawny, bo przeprowadzana była w zimie. Zdaniem Witolda B. komornicy winni zaproponować wywłaszczanemu apartament zastępczy na okres mrozów, bowiem w zimowych warunkach jedynym procesem biologicznym jaki może się dokonywać jest hibernacja. Ta jednak z założenia przeczy istocie odnowy. Nie przeczy mu zaś postawa komorników tymczasowo zamrożonych.
Witold B. oskarżony jest także o pranie brudnych pieniędzy. Procederem tym zajmował się Witold B., organizując pralnię chemiczną, na którą nie posiadał koncesji. Koncesję taką oskarżony usiłował wymóc poprzez wręczenie darowizny majątkowej osobom odpowiedzialnym za organizację przetargu publicznego. Niestety, jak się okazało, darowizna miała charakter nieuprany, czym naraziła na konsekwencje komisję przetargową. (Obecny adres: ZK. Wronki).
W związku z naruszeniem przez oskarżonego wszystkich paragrafów nowego kodeksu karnego razem wziętych wnoszę dla Witolda B.: o maksymalny wyrok dwóch lat więzienia spędzonych w celi z zaprzyjaźnioną komisją!
Adwokat:
Wysoki sądzie! Obecnemu tu Witoldowi B. zarzucone zostały-zdaniem prokuratora-najgorsze czyny, przewidziane nowym kodeksem karnym. Rzecz w tym, iż wszystkie te rzekome niegodziwości oskarżony miał popełnić w czasie vacatio legis, czyli kiedy obecny skład sędziowski był jeszcze na wakacjach.
Witold B. zresztą także był wówczas na wakacjach. Konkretnie w Kolumbii. Przecierał tam świetlisty szlak turystyce międzynarodowej. Są na to dowody w postaci wydruków bankomatowych, jakich Witold B. dokonywał w mateczniku Kolumba.
Wszystkie z postawionych przez oskarżyciela zarzutów blednąć zresztą muszą wobec niepomiernych profitów, jakich dostarczył Witold B. budżetowi naszego kraju. Można powiedzieć, że każdy kolejny minister finansów w kwestii przychodów skarbu państwa mógł liczyć na Witolda B. bardziej, niż na wpływy z abolicji.
Dlatego mój klient oczekuje rewanżu! Wysoki sądzie! Postawę nacechowaną chęcią odkupienia swoich dawnych win-poprzez gorliwą służbę dla ojczyzny-notowała polska historia tylko dwukrotnie. Pierwszym przedstawicielem takiej postawy był Andrzej K., znany jako “Babinicz”, drugim Witold B, znany jako “Szpinak”. Złośliwy ów pseudonim nadany oskarżonemu przez dziennikarzy ma w sobie jednak ziarno prawdy-Witold B. hojnie szafował zielonymi. Stał się przez to sławny jako filantrop sponsorujący na przykład sport żużlowy. To dzięki jego łaskawej ręce nasi żużlowcy jeździli, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, z tłumikami na rurach wydechowych i korkami w uszach.
Witold B. przyczynił się również, w ramach akcji “Artyści dla Rzeczpospolitej”, do renowacji Teatru Narodowego, który wiele lat wcześniej spalił się ze wstydu. Zarzut wysuwany przez złośliwych, że Witold B. działał nieświadomie, bo dzięki niemu Andrzej Żuławski może nas katować klasyką literatury polskiej, traktować należy jako nikczemną zemstę. “Zemstę” Fredry oczywiście. Istotnie, Witold B. według tygodnika “Wyprost” znajduje się w pierwszej setce najbogatszych Polaków. O skromności oskarżonego niech zaświadcza jednak fakt, iż we wspomnianym rankingu przed nim plasują się: jego żona, teściowa, kierowca oraz fryzjer.
Zarzuty o pranie brudnych pieniędzy poprzez inwestowanie w budowę pomników wielkich rodaków także nie są trafione, jako że Witold B. ufundował w swoim ogrodzie zaledwie jeden pomnik: ulubionego kota. Prawdą jest tylko to, że kot wabił się “Edgar”.
Z braku znamion złej woli oskarżonego, oraz w świetle jego wielkich zasług wnoszę o uniewinnienie Witolda B. oraz wypłacenie mu odszkodowania w wysokości wprost proporcjonalnej do jego pozycji w tabeli tygodnika “Wyprost”, a następnie przekazania go na rzecz Fundacji Ofiar Demokracji.
Sędzia:
Sprawa Witolda B. zostanie skierowana do ponownego rozpatrzenia, a procedura będzie przeprowadzona od początku.
Uzasadnieniem powyższego stanu rzeczy jest fakt, że nadzorująca przewód przewodnicząca kolegium sędziowskiego Janina W. niespodziewanie została nominowana przez premiera na urząd syndyka masy upadłościowej elektrociepłowni miejskich.
Do chwili wznowienia sprawy Witold B. będzie pozostawał na wolności.
Zwłaszcza, że w Centralnym Areszcie Śledczym na czas przerwy letniej zostanie odcięty dopływ ciepłej wody.
|
| |
|
|
|
|
Witam państwa serdecznie ze Stadionu Dziesięciolecia w Warszawie, skąd będę miał przyjemność komentować mecz piłki nożnej Polska-Reszta Świata!
Jak państwo zapewne wiecie, ten wspaniały obiekt sportowy obchodzi właśnie pięćdziesięciolecie istnienia. Kiedyś po murawie tego giganta biegali: Pele, Gerd Muller czy Kazimierz Deyna. Ostatnimi jednak laty ganiały na nim głównie reprezentacje Trzeciego Świata oraz siły MSWiA. Dzisiejsza uroczystość to pożegnanie z legendarnym stadionem, który wkrótce idzie do rozbiórki.
Dlatego też owemu wydarzeniu towarzyszy podniosła atmosfera.
Na trybunie honorowej korpus dyplomatyczny... o, jeden z dyplomatów okazał się persona non grata... uszczypnął żonę konsula pewnego księstwa... dziwię się... on co prawda niezła persona, ale jej raczej bliżej grata... Obowiązują dzisiaj stroje galowe...wyłamała się jedynie żona premiera, która przyszła w bikini. Widzę, jak z tramwajów i autobusów wylewają się kibice i suną w kierunku korony stadionu. Suną...o...jeden zasunął drugiego...widocznie któryś nie skasował biletu.
Tymczasem hymny...hymn Reszty Świata wykonuje Edyta Górniak... cóż za bogactwo dźwięków... słychać w jej głosie gorące rytmy samby, a nawet echa tyrolskiej natury... Teraz hymn Polski...śpiewa miejscowy artysta hip – hopowy - Poldek duże Gie... publiczność podchwytuje słowa... jaka wspaniała kakofonia głosów... sektor po lewej śpiewa “... póki my żyjemy...”... sektor po prawej odpowiada unisono “... odbijemy...”...i odbijają, odbijają...
Uroczystego otwarcia zawodów symbolicznym kopnięciem piłki dokonuje Prezydent. Już kopnął... cóż za finezja... prezydent niejedno w życiu skopał... Piłkę przejmuje Reszta Świata... atakują naszą bramkę... można rzec: oblężenie Częstochowy... o, bramka dla przyjezdnych... nasz obrońca, Chełminiak, wyręczył etiopskiego napastnika... ten gol przejdzie zapewne do historii jako najszybciej zdobyta bramka... nie wiem nawet, czy asysty nie zaliczyć prezydentowi...
Wznowienie gry... ruszają nasi... niestety bez piłki... tę przejmują zawodnicy Reszta Świata... na szczęście nie dogadali się... w Unii Europejskiej obowiązuje język angielski, ale zawodnik szwajcarski do Unii nie należy... u niego w kraju obowiązują cztery inne języki... swoją drogą, jak on się dogaduje z żoną?... Kontra... lewym skrzydłem idzie Badylak... idzie, idzie... ale za wolno... w takim tempie nie zdąży przed zmrokiem... wprawdzie na stadionie zainstalowano sztuczne oświetlenie, ale od 22-giej obowiązuje druga strefa i jak będzie niekorzystny wynik władze miasta zapowiedziały, że nie zapłacą...
Nasi kryją strefą, ale centra na nasze pole karne... reprezentant Nepalu na spalonym... przyzwyczajony, on dokonuje samo spalenia kilka razy w życiu...
Wolny dla Polaków... wymiana piłki... wymiana zdań... niepotrzebne gesty wobec sędziego... nasz pomocnik pokazuje, co sądzi o prowadzeniu się mamusi sędziego... jeszcze nie, o, już się doigrał... sędzia wyjmuje, co tam ma... wyjął pistolet gazowy... to nie te zawody, panie sędzio... jest czerwona kartka dla naszego pomocnika...
Na widowni gwizdy... publiczność coś skanduje... jeśli dobrze słyszę: “sędzia swój, sędzia swój...”, znaczy swój człowiek, bo on z Węgier pochodzi... bratanek - jeśli trafnie odczytuję intencje publiki... Sędzia też gwiżdże... na przerwę gwizdnął...
A w przerwie mamy miłą uroczystość... prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego dokona dekoracji prezesa Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego... już wspina się na palce... są pewne trudności... prezes PKOL w młodości był dżokejem, za to prezes MKOL - koszykarzem... prezesa PKOL podsadza ktoś z prezydium... już medal wisi na szyi prezesa MKOL... och, jak on mu wisi...
Koniec przerwy... Nasi w natarciu... piłkę przejmuje jednak zawodnik angielski... ale, co się dzieje?... Anglik biegnie w kierunku swojej bramki... zapomniał chyba, że po przerwie była zmiana stron... wiadomo u nich wszystko odwrotnie... ruch lewostronny itede... już wychodzi na pozycję strzałową... nasi nie mogą go dogonić... może lepiej niech nie próbują, bo bramki nie będzie... GOOOOOOOL!!!!!!... Badylak leci z gratulacjami, Chełminiak za nim... Anglik robi tradycyjną kołyskę... trener gości wymownie kołysze biodrami, jakby chciał zasugerować, że też ma udział w ojcostwie...
Mamy remis... Wznowienie gry... Znowu oblężenie naszej bramki... polska defensywa dwoi się i troi... można rzec: oblężenie Troi... dobiega dziewięćdziesiąta minuta meczu... dotrwać do końca... dlaczego sędzia nie gwiżdże... Badylak wybija piłkę z pustej bramki, ale trafia w Chełminiaka, rykoszet... gol dla Reszty Świata!!!... tragedia!!!...nasi płaczą... gwizdy na widowni... lecą butelki...ławki... wózki dziecięce... kibice skandują: ”sędzia swój, sędzia swój!”, więc chyba doceniają pracę arbitra... Ale nie, otrzymuję meldunek, że samochód arbitra już płonie... podobnie jak sektory A,B,C,D... właściwie płoną wszystkie z wyjątkiem jednego... nie rozumiem... ach tak, podpowiada mi zaprzyjaźniony redaktor, że w tym sektorze siedzą kibice drużyny gości... no cóż, co kraj, to obyczaj...
Ale w takim tempie to my tego stadionu nie rozbierzemy!
|
| |
|
|
|
|
Brązowy medalista
Jaki ładny hymn. Odkąd prezydent podpisał akt naturalizacji - mój, narodowy. Słowa trochę trudne. Kazali się nauczyć zanim stanę się pełnoprawnym obywatelem. Ale niby kiedy miałem, skoro reprezentacja mnie potrzebowała natychmiast? Albo, albo. Albo skaczę o tyczce, albo się uczę nowego języka. A niby po co języka, skoro mam tłumaczkę. Ona mi wszystko wyjaśniła językiem ciała. Jedyne dwa słowa, jakich się zdążyłem nauczyć nie występują w hymnie. One podobno są zaczerpnięte z łaciny. Tłumaczka mówiła, że będę reprezentował bardzo dzielny naród, który ciągle przegrywa. I że ja po to jestem, żeby wreszcie wygrał. To się nawet zgadza, bo w słowach tego hymnu to oni podobno wciąż o coś walczą. A jakoś nie słychać, żeby choć raz wygrali. O sporcie zresztą też tam nic nie ma. Mówią że mają inne narodowe pasje, a w tyczce im nie idzie. No to mnie namówili, bo ja skaczę tak od dziecka. Matka jak mnie po gałkę muszkatołową wysyłała do sąsiadów z innego plemienia to tylko o tyczce. A to wszystko po ojcu, bo on jak się z dziadkiem wybierali na kokosy to bez tyczki nie wychodzili z szałasu. Wchodzić też nie wchodzili, bo po tych kokosach to potem przez tydzień leżeli pod palmą. Mama mówiła, że to nie były kokosy tylko napój vodoo. W mojej nowej ojczyźnie też podobnie nazywają ten napój. Tata zresztą dobrze mówił: „chcesz mieć w życiu kokosy - jedź za Wielką Wodę”. No to pojechałem. I teraz stoję na podium. Mam trzecie miejsce. Byłoby pierwsze, ale dali mi tyczkę co się nie zgina. Trener uprzedzał: „na początek damy ci sztywną, bo jak za bardzo się wychylisz to cię podkupią do bogatszego klubu”. Ale ja swoje wiem. Szaman plemienia mi to powiedział: „twój nowy kraj wprawdzie ma trudny hymn i sztywne tyczki, ale elastyczne zwyczaje”. I to się zgadza, bo uznają mnie tu za swojego. Z tymi dwoma słowami, które znam niemal wszystko mogę załatwić. A jak jeszcze dobrą tyczkę dostanę, to zrobię rękami gest tutejszych tyczkarzy. On pokazuje, że każda tyczka może się złamać. Zwłaszcza jak jest sztywna.
Srebrny medalista
Niekiepski ten medal. Srebrny. Jak przed wyrokiem zawinąłem jednemu gościowi podobny, to mi prokurator chciał przyfastrygować trójaka. Ale papuga tłumaczył, że ja daltonista i się na kolorach nie rozumiem. A teraz mam taki krążek za darmo. No, niezupełnie za darmo. Musiałem się naskakać, żeby wypuścili z kicia na tę olimpiadę. W więziennych zawodach miałem taki wynik, że klawisze sami wnioskowali o moje wcześniejsze zwolnienie, bo się bali, że im skoczę przez druty. A tak mają mnie ze łba. Ten gościunio, co wygrał się cieszy ze złota. Poczekam aż skończą hymny i zrobię podmiankę. On i tak zapłakany ze szczęścia, nie zauważy różnicy. Można by i tego Murzynka zrobić. Po co mu medal? I do tego brązowy? Żeby mu od kolorowych wyzywali na ulicy? O, ten prezes co wiesza medale ma ładny sygnecik. Jak się wyciągnie, żeby mnie udekorować też można mu ulżyć. Jest i obrączka ślubna. Ale to za chwilkę, bo będą przemowy. Nudzi ten prezes jak teściowa przy deserze. Całkiem jakbym słyszał naczelnika we więźniu. Tylko tamten pytluje kiedy wcięty jabolem, a ten tak gada z przekonania. Nie znam tego języka. To pewnie tutejszy. Ja w rubryce języki tylko grypserką się mogę poszczycić. Ale szef drużyny kazał się nie wychylać. Jeden z naszej ekipy chciał się pochwalić że ma w domu cała gablotę pełną medali to nie zdążył wrócić do chałupy i już mu nieznani sprawcy rąbnęli złote puchary. Pisali w prasie, że to pół melona warte. A gdzie tam? Paser ledwie dwie skrzynki wódki odżałował. A i tak zbrakło. Wiec kolesie mówią: skocz na metę, bo ty dobry w sporcie jesteś. I się skoczyło. Tylko zamiast na tę co się puka trzy razy w parapet u pani Malwiny, to ja na olimpijską metę trafiłem. Bo wysoko sobie w życiu poprzeczkę zawieszam, to fakt. I byle wynikiem się nie zadowolę. A że lubię dobrze robotę wykonać, to i medal przywiozę do kraju. A może i trzy. Do tego sygnet i obrączka. Jak tak dobrze zrachować w sumie pięć kółek olimpijskich z tego wyjdzie. Naród może być ze mnie dumny. Wychodząc z więzienia, wszedłem na ludzi.
Złoty medalista
Będą dekorować. Brązowy udekorowany, srebrny też, teraz moja kolej. Trzeba pierś wciągnąć. Żeby się prezes komitetu nie połapał, że mam piersi. Bo gotów mnie zdyskwalifikować albo przenieść znów do dyscyplin żeńskich. Te piersi nie chciały się cofnąć po zmianie płci. Kierownik sekcji, prywatnie mój mąż, mówi, że mam ładną sylwetkę. On, a właściwie ona, miał taką przed kuracją dopingową. Więc teraz zazdrości. Zmiany biologiczne poszły nam w odwrotnych kierunkach. Jemu, a raczej jej, przybyło w biodrach, a mnie doszedł zarost. Ale pozostaliśmy w związku, tylko imiona zmieniliśmy. I nadal jesteśmy udanym małżeństwem. Takie anomalia są normalne po przejściu na zawodowstwo. Na przykład triumfator poprzedniej olimpiady obecnie wrócił do sekcji młodzieżowej. Przeszedł mutację zwrotną a teraz mówi dyszkantem. I znowu zaczął się bawić klockami lego. Stąd nazwa: sport wyczynowy, bo tu każdy wyczyn przejdzie. Ale jak się spędza cały dzień w siłowni to potem natura musi jakoś odreagować. A jak dietetyk jeszcze pomyli środki wspomagające organizm to już w ogóle się robi niebezpiecznie. Facet myli się często, gdyż ma na głowie wszystkie sekcje sportowe federacji. Bo u nas obowiązuje ujednolicony system szkolenia i odżywiania. Więc wszyscy sportowcy muszą brać lekarstwa od tego samego dietetyka. I ciężarowcy i dżokeje. Pewien dżokej po leczeniu farmakologicznym u naszego dietetyka to na parkurze zarwał swojego konia. Tak przytył. I to przez jedną noc. Ale efekty sportowe są widoczne. Ja na przykład przed kuracją skakałem tylko o tyczce. A teraz to mi i tyczka niepotrzebna. Tylko masażysta doradził, żeby jej dla pucu używać, bo publika nie uwierzy, że można podskoczyć tak po prostu siedem metrów do góry. Miły człowiek ten masażysta. Poprzednio grał w brydża, ale po faszerowaniu sterydami dodatkowe palce mu wyrosły, więc nie chcieli go dopuścić do zawodów. Skończył się jako sportowiec. Prezesi bali, się że będzie za szybko tasował tymi dodatkowymi palcami. Ale związek nie zostawia swoich ludzi w potrzebie: wzięli go na masażystę. Ja też już myślę o zabezpieczeniu sobie sportowej emerytury. Otwieram butik z damską bielizną. Od jakiegoś czasu jej nie używam.
|
| |
|
|
|
|
Proszę położyć dłonie na biurku, panie prezesie, niech się wzajemnie kontrolują….to lepiej wygląda na wizji…startuje pan pod hasłem „czyste ręce”….trzeba by zmienić krawca, bo palców prawie nie widać spod marynarki...właśnie moja firma jest od tego, żeby doradzać politykom…
Sygnecik radzę przykryć…wygląda jak kastet…wiem, że chce pan uchodzić za silnego mężczyznę…skoro tak to zalecam więcej sportu, bo sylwetka mikra jakaś...coś podobnego?...robi pan sto pompek w miesiącu?...średnio wychodzi po trzy dziennie, a w niedziele nawet cztery…racja, zapomniałam…dzień święty pan święci….
Nie rozumiem?…nad dykcją też trzeba a popracować, bo coś mruczy pan pod nosem…nawyk podziemny?...ma pan wygłosić orędzie o stanie państwa czy podać gryps?…no to proszę szeroko otworzyć usta i powiedzieć: MOI RODACY…hmmmm…zrozumiałam: GONIĆ ROGACZY…wiem, że pan mimo siedemdziesiątki na karku kawaler, ale radzę nie prowokować mężczyzn…to połowa elektoratu…
Może spróbujemy w innym języku?...pan poliglota, no, proszę…GOD BLESS THEM…KOT BEZ PCHEŁ?...to zostańmy lepiej przy mowie ojczystej…
Tym hobby też się lepiej nie chwalić…koty nie podziałają na wyobraźnię społeczną…proponuję coś bardziej męskiego...o, ma pan broń palną…ten renifer na ścianie to pańskie trofeum?...prezent?...faktycznie jest dedykacja: „mojemu pieseczkowi na pamiątkę wspólnych zimowych wieczorów: LUCYNA z małżonkiem”….
Tak, krążą legendy o tym, jaki to dżentelmen z prezesa…radzę uwypuklić, że całuje pan damy w ręce…proszę zademonstrować…ale krawat trzeba przypiąć do koszuli, bo przy schylaniu przypomina pan rozkładający się leżak…najlepiej to niech się pan nie schyla wcale…przy tym wzroście nie ma sensu…
Buty na wysokim obcasie wprawdzie dodają wzrostu…ale różowe kozaczki z frędzelkiem odpadają…zwłaszcza do słomkowego garnituru…ja wiem…sentyment, bo przystępował pan w nim do pierwszej komunii…zgadza się, leży jak ulał nawet dziś…ale przyjmować delegację episkopatu nie uchodzi…oni wszyscy na czarno, więc kontrast zbyt duży…
Właśnie: delegacje zazwyczaj witamy w towarzystwie pierwszych dam…i tu jest mały kłopot…protokoły dyplomatyczne nie uznają za damę kogoś takiego jak pan Waldek…wiem, że to zaufany długoletni osobisty kierowca pana prezesa… pomijając fakt, że on jest zdecydowanie nie tej płci co trzeba…ten człowiek nie ma kindersztuby…sama widziałam jak mu jeden citroen zajechał drogę…pan Waldek zaraz złapał za lewarek i gonił gościa po stolicy…czy on ma chociaż międzynarodowe prawo jazdy?...nie?...no, niech pan sam powie…czy ktoś taki może reprezentować kraj zagranicą?
Panie prezesie, co też pan?...oświadczyny?...pochlebia mi propozycja małżeństwa…właściwie to się zgadzam…ale mam jedną wątpliwość…czy poradzi pan sobie jako pierwsza dama?
|
| |
|
|
|
|
Dwóch kloszardów szpera w wysypisku śmieci.
Wyniosły: (wyciąga pożółkłe wydanie gazety) Patrz, ale były czasy: Nekrologi dawali na pierwszych stronach!
Przebiegły: Twojego by nie dali.
Wyniosły: Wtedy byłem figura. Spróbowali by nie dać.
Przebiegły: Teraz prędzej bym cię znalazł w dziale “errata do biografii”. (mnie gazetę) Nada się na skręta (zaciąga się papierosem). Poezja.
Wyniosły: Kiedyś dostałbyś czapę za taką profanację organu.
Przebiegły: Dzisiaj co najwyżej podpadam pod paragraf o naruszaniu środowiska naturalnego. Ale co tu naruszać? Jedno wysypisko śmieci wyczerpuje całą ustawę.
Wyniosły: A ludzie nie doceniają naszej pracy. Gdyby nie my, cały ten chłam przysypałby kochaną ojczyznę.
Przebiegły: Dzięki nam powstaje drugi obieg.
Wyniosły: Chciałeś powiedzieć: wtórny obieg.
Przebiegły: Nie zajmujmy się polityką, bo ona się nami już raz zajęła. Kiedyś zwalczaliśmy drugi obieg. A teraz z niego żyjemy (Wyciąga spod zwałów maszynę do pisania) Wstawi się do Desy.
Wyniosły: Znowu nas zamkną, jak wtedy, kiedy oddaliśmy do skupu Biedermayera.
Przebiegły: Kto wiedział, że został skradziony z Urzędu Pełnomocnika d/s Zwalczania Bezrobocia?
Wyniosły: W areszcie przynajmniej mieliśmy dach nad głową. I prenumeratę „świerszczyków”
Przebiegły: Więzienie uniwersytetem proletariatu. Ale fanty podczas rewizji przepadły. Mnie zabrali zabytkowe lorgnon.
Wyniosły: I tak wyglądałeś w nim jak zaskroniec po resekcji zęba mądrości.
Przebiegły: Licz się ze słowami, miazmacie historii, który wyrzuciła na śmietnik klasa robotnicza!
Wyniosły: Człowiek całe życie poświęcił niuansom dialektyki a tu taka deklasacja.
Przebiegły: My, awangarda marksizmu już nie jesteśmy pasem transmisyjnym od nadbudowy do bazy.
Wyniosły: Teraz możemy holować na pasku do bazy, znaczy skupu złomu, te resztki po komunizmie. (wyciąga z kupy śmieci kałasznikowa) Widzisz to, co ja?
Przebiegły: O, relikt Doktryny Breżniewa.
Wyniosły: Wiem, sam podczas plenum pisałem w ubikacji zaproszenie do radzieckich towarzyszy , żeby wkroczyli z takimi
Przebiegły: Dlaczego w ubikacji?
Wyniosły: Bo akurat tam był papier (celuje przez szczerbinkę na chybił trafił; mimowolnie także w Przebiegłego).
Przebiegły: (przestraszony) Ty, przepraszam cię za ten miazmat…jutro mam zebranie Związku Zawodowego Bezdomnych. Nie mogę się spóźnić, bo otwieram dyskusję panelową.
Wyniosły: Wiesz co? A gdyby tak zrobić porządek z tymi, co wprowadzili kraj w nędzę?
Przebiegły: Będzie problem: większość siedzi. Widziałem w telewizji.
Wyniosły: A skąd ty wytrzasnąłeś telewizor?
Przebiegły: W celi, jak siedziałem.
Wyniosły: A ich tam wtedy nie widziałeś?
Przebiegły: Byli na przepustkach (otrzepuje z kurzu wyciągnięty z gruzów portret jakiegoś dostojnika; ciekawie się przypatruje). Tego znam. Za jego czasów nie było bezdomnych.
Wyniosły: Fakt, to ten co po wojnie postawił kraj na nogi.
Przebiegły: Chyba posadził? Nie budował domów, bo wynajmował rodakom lokale. Niektórzy to i bez wyroku siedzieli w takich lokalach po kilka lat.
Wyniosły: Ale potem przyszła amnestia i większość wyszła.
Przebiegły: (wyciąga zabrudzoną butelkę; ogląda ją pod światło). W środku coś jest.
Przebiegły: Może pieniądze?
Wyniosły: (wydłubuje z wewnątrz kartkę) “Alchemik Cagliostro zamknął w tej butelce męża swojej kochanki. Ktokolwiek znajdzie proszę mnie wypuścić!”.
Przebiegły: Zamykaj szybko! Po co nam jeszcze jeden nieszczęśnik do spółki na tym świecie?
Wyniosły: Oddamy do muzeum?
Przebiegły: Coś ty! Lepiej zanieśmy do skupu!
Wyniosły: Oszalałeś? Butelki chodzą po pięć groszy. Żeby wyjść na swoje, musielibyśmy chyba odkopać całą piwnicę królewską. Zresztą to zabytek klasy zero!
Przebiegły: Chyba 0 i …pół. Litra, znaczy się.
Wyniosły: Widzisz: każda epoka zostawia po sobie coś charakterystycznego. Nasza radziecki karabin, pamiątkę po alchemiku. Jak myślisz, co zostawi obecna?
Przebiegły: O, zobacz podpaska Dody Elektrody!
Wyniosły: Skąd wiesz, że jej?
Przebiegły: Sama mówiła w dzienniku, że takich używa.
Wyniosły: Bezideowe czasy, bezideowe….
|
| |
|
|
|
|
 |
 |
| |
 |  |  |
|
Materiały publikacyjne Satyrykonu ar- chiwizowane są po upłynięciu dwunas- tomiesięcznego okresu ich emisji na ła- mach portalu. Archiwalne felietoniki pa- rodystyczne redaktorów prowadzących dostępne są po ich pobraniu na dysk w formacie skompresowanym RAR.
|
Aktywnie udostępniane wiadomości o nowościach publikacyjnych Satyrykonu.
|
Redaktor naczelny Satyrykonu Diuk Stukpuk Esq.
Z-ca redaktora naczelnego Satyrykonu Matias de Śledź Esq.
Red. Pruce Wszechmyślący
Red. Płaksin
Red. Urlam Turlam
Prof. Tadeusz Morawski
|
 |
|
|
|
 |
|