 |
|
Wywiedziona z demagogicznych tyrad pseudodemokratów utopijna idea powszechnej edukacji, w myśl której młódź nawet siłą oderwana od pługa może zdobyć szesnaście fakultetów dzięki ofiarności i poświęceniu życzliwych nauczycieli, znalazła ujście w tyleż absurdalnym, ile – o zgrozo – gremialnie w eurosocjalnym społeczeństwie aprobowanym, programie reform i postępowych zmian w resorcie nauczania. Obecnie, dzięki wiekopomnym decyzjom kolejnych ministrów edukacji, nawet kopacz rowów nawadniających może udać się po celującym zdaniu egzaminu maturalnego na psychologię stosowaną, zaś latami niekształcone potomstwo chłopa małorolnego szczycić się może dyplomami z zarządzania i bankowości, jakże wszak przydatnymi podczas sadzenia fasoli czy okopywania buraków. Co zaś najbardziej paradoksalne, obserwator najbardziej nawet obiektywnie odnotowujący te fakty natychmiast oskarżany jest o nietolerancję i wysyłany na pranie mózgu do psychologa, aby przypadkiem nie dopuścić do powstania dokuczliwego wrzodu na wzorowo rozwijającym się społeczeństwie hominum insipiensum.
Nie ma chyba nic gorszego nad wdrażanie w życie projektu jawnie idiotycznego wespół z gorliwymi zapewnieniami o jego wydumanych zaletach, stosowanymi jako argument koronny we wszystkich dyskusjach i debatach politycznych do czasu, gdy jego beznadziejna obrona przestaje się opłacać. Ten fenomen erystyczny idealnie tłumaczy się w ramach pamiętnej decyzji o likwidacji dawnego egzaminu dojrzałości na poczet wprowadzenia nowomodnych – czy, jak chcą pomysłodawcy, nowoczesnych – metod weryfikacji wiedzy i umiejętności. Decyzja ta pociągnęła za sobą w logicznej konsekwencji także konieczność przeprowadzenia reform na wszystkich szczeblach edukacji państwowej, aby już od kołyski zadbać o obniżenie poziomu intelektualnego przyszłych podatników i zapewnienie tym samym ich doskonałej uległości wobec najbardziej nawet absurdalnych i sprzecznych z logiką ustaw. Po co wszak trwonić cenne fundusze na podsłuchy, inwigilację, aparat policyjny czy też inne środki kontrolowania ludzi świadomych swej wartości intelektualnej, skoro można zawczasu zadbać o to, by ową świadomość utracili jak najszybciej i w rezultacie nie potrafili odnaleźć własnej rzyci bez mapy z rozbudowaną legendą. Winszować należy jednak kunsztu demagogicznego propagatorom reform, którzy w nawet najbardziej kontrowersyjnych i o pomstę do nieba wołających przypadkach tak potrafią przedstawić swe postulaty, iż zyskują one szerokie grono apologetów nawet wśród potencjalnych dysydentów. Wprowadzenie chociażby tzw. ścieżek edukacyjnych w szkole podstawowej zamiast cywilizowanych przedmiotów przyjęte zostało z buńczucznym aplauzem nie tylko jako czyniące szkołę przyjazną rozradowanej dziatwie, ale nadto jako realizujące doskonale pedagogom znaną konieczność czynienia nawiązań pomiędzy najbardziej sprzecznymi, wydawałoby się, dziedzinami wiedzy. Jakąż maestrią musieli się więc odznaczać propagatorzy tego szokująco idiotycznego rozwiązania, skoro zdołali na tyle zamydlić wyborcom oczy, by ci nie dostrzegli, iż oto na ich oczach próbuje się skodyfikować aspekt dotąd przynależny inicjatywie pedagogicznej nauczyciela, zobligowanego do przyswojenia uczniom nawyku komparatystycznego, a tym samym do świadomego i dojrzałego wychodzenia poza heurezę szkolną na poczet badań indywidualnych! Tymczasem, gdy – zwłaszcza na poziomie podstawowym – zacznie się od razy nauczać, dajmy na to, historiozofii, zamiast oddzielnie nauczać historii i filozofii, zaowocuje to nie tylko całkowitym dyletanctwem z obu przedmiotów, ale także uniemożliwi wykształcenie umiejętności czynienia porównań pomiędzy poszczególnymi gałęziami wiedzy. Brak zaś takiej umiejętności skutkować będzie stopniowym i początkowo niezauważalnym zanikiem zdolności kojarzeniowej, która to bez wątpienia jest podstawowym wyróżnikiem inteligencji. Ileż bowiem osób już w ogóle nie dostrzega faktu, iż żenujący poziom debat medialnych, przypominających coraz silniej opętańcze wrzaski szympansów przed promiskuityczną orgią, wynika właśnie z braku umiejętności łączenia faktów, która powinna być swoistym credo każdego zapraszanego do rozmowy polityka czy niezależnego eksperta. Ileż osób zdaje się nie rozumieć, iż obecność owych ekspertów czy też lokalnych autorytetów jednego miesiąca, wynika nie z faktu doceniania ich częstokroć istotnie godnego uznania dorobku naukowego, ile z chęci wywołania złudzenia wysokiego poziomu debaty ku uciesze bezrozumnego pospólstwa, które w swoich piwnych rozmówkach zakąszanych kiełbachą najczęściej nawet nie potrafi nawet sformułować jednoznacznego tematu dyskusji, ograniczając się w zamian do płynnego balansowania między sceną i obsceną. A ileż znowuż osób nie zrozumie niniejszej dygresji?
Egzamin dojrzałości, kosztujący kadrę pedagogiczną niewiele ponad odrobinę wysiłku przy obmyślaniu pytań egzaminacyjnych i pozostający długie lata w cieniu życia społecznego a przez media machinalne odnotowywany jako konieczny rudyment czasów minionych, został więc pospiesznie zastąpiony egzaminem maturalnym, nie tylko przykuwającym uwagę prasy i telewizji jako świetny temat zastępczy, ale i wymagającym wielomilionowym nakładów z budżetu państwa. I jakkolwiek ujawniana przez kolorowe brukowce karygodnie niska cena wódki w bufecie sejmowym obiła się echem wśród słusznie oburzonego społeczeństwa, tęskniącego najwyraźniej za czasami, w których ambrozja ta dostępna była w każdym warzywniaku, tak koszty rokrocznie ponoszone przez resort edukacji na druk tysięcy nowoczesnych arkuszy egzaminacyjnych wraz z koniecznymi do ich oznakowania naklejkami kodowymi (sic!) nie tylko nie oburzają, ale i nie są przedmiotem żadnej merytorycznej dyskusji. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest dziecinnie prosta: urzędnicy, nazywani przez niektórych sprytnie układem, omamili rodziców niespokojnych o zdrowie psychiczne bezstresowo wychowywanych pociech chytrym zapewnieniem, iż taki system wyeliminuje karygodne przypadki niesprawiedliwego oceniania, pleniące się ponoć onegdaj wśród egzaminującej kadry pedagogicznej i podług powszechnie panującej opinii będące jedynym powodem rezygnacji z dawnego systemu matur. A gdy opinia publiczna, której istnienie jako bytu podejrzanie mnogiego w swej jednostkowości słusznie podważał już Stanisław Jerzy Lec, nakarmiona została kolejnym pustym, populistycznym frazesem, na polu bitwy o zachowanie szczątków zdroworozsądkowego myślenia pozostała jedynie inteligencja – a tej jeszcze żaden rząd na świecie nigdy się nie obawiał. Jeżeli bowiem w wypaczonej wizji reformistycznej współczesnej polityki najbardziej nawet doniosła zmiana pociąga za sobą zastosowanie innego, choć bynajmniej nie szlachetniejszego, garnituru oderwanych z kontekstu pojęć i terminów, to każda kolejna reforma – w analizowanym przypadku reforma edukacji – przyczyniać się będzie jedynie do postępującego regresu intelektualnego wśród społeczeństwa, co oczywiście nie musi być dostrzegane przez postępowych reformistów, cieszących się zawężonym do okresu czteroletniej kadencji spectrum gnostycznym.
Paradoksalnie więc, chcąc w myśl powszechnej tolerancji i zgody plemiennej nieść kaganek oświaty nawet tym, którzy są organicznie niezdolni nie tylko do twórczego myślenia, ale i wykonywania czynności wykraczających poza te wymagające siły fizycznej i ślepej uległości wobec poganiacza z pejczem, w rzeczywistości doprowadza się do sytuacji, w której wymienieni spoglądają na ów kaganek z zaciekawieniem i próbują dociec przyczyny, dla której płomień jego nie gaśnie. Najczęściej zresztą na tej ciekawości kończy się pragnienie wiedzy a zaczyna walka o wolność od zobowiązań, przymusu edukacyjnego, nachalnych belfrów tudzież innych uroków heurystycznych, zwieńczona gorliwym pragnieniem osiągnięcia wieku umożliwiającego ucieczkę z okowów nauki oraz powrotu do starych, ale jarych.
Czasem też ozimych.
|
| |
|
|
|
|
Kicz, zgodnie z terminologią teoretycznoliteracką, jest leksemem desygnującym utwór o charakterze wyraźnie stereotypicznym i apelującym do smaku przeciętnego odbiorcy, który pozostając nienagannym na płaszczyźnie strukturalno-formalnej, jednocześnie nie spełnia wymogów kategorialnych konwencjonalnej estetyki. Gwoli pewnej precyzacji, użyty na określenie konkretnej grupy odbiorczej epitet "przeciętny" wbrew pozorom, do których zaliczyłbym choćby groteskowe nazwy stopni we współczesnym systemie oceniania, bynajmniej nie ma charakteru pozytywnego. I z ową definicją obecne przedstawienia teatralne pozostają w pełnej zgodności.
"Rigoletto" Giuseppe Vierdiego, by nie pozostać tworem enigmatycznym dla biednej młodzieży, bezlitośnie ciągniętej przez apodyktycznych belfrów do teatru i siłą wpychanych w obite perkalem siedzenia, na wszelki wypadek zrealizowany został przy użyciu przerdzewiałych beczek od oleju lotniczego, bez wątpienia doskonalej przemawiających do świadomości dzisiejszej - choć najczęściej także wczorajszej - młodzieży, aniżeli jedwabne rajtuzy czy krynoliny, budzące w ich jednostronnie skonfigurowanych synapsach prymitywnie jednoznaczne skojarzenia. "Tartuffe" Moliera, reklamujący się plakatami utrzymanymi w konwencji epoki, zaskakuje koszulkami polo, przydeptanymi trampkami i spitym Orgonem, rozwalającym się na sfalsyfikowanych Ludwikach, nie mówiąc już o roznegliżowanej Mariannie, najwyraźniej pomimo swej nadzwyczajnej brzydoty lepiej zaspokajającej percepcję rozochoconych chłopaków, aniżeli dusząca się w gorsecie bladolica mumia. Idźmy dalej. "Zemsta" Fredry, wydająca się być na tyle doskonałą komedią, by nie zaistniała potrzeba jej uwspółcześniania, nie zaspokoiła wizjonerstwa reżysera, który to dostrzegł parabolę konfliktu Cześnika z Rejetem w walkach kibiców Wisły Kraków i Cracowii, uplastyczniając swoją chorą wizję zmyślnym grafitti, wymalowanym na murze dzielącym scenę, pełniącym, notabene, także rolę stołu, na którym mogli do woli spółkować Wacław i Klara, okazujący się być tak naprawdę niezaspokojonymi zboczeńcami, co może i byłoby w stylu Fredry, ale nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności akurat nie w tym przypadku. Sytuację mogła tylko pogorszyć muzyka Piotra Rubika, a ściślej temat "Kot, kot", opierający się głownie na inwariantnych zestawieniach tonalnych właśnie tych dwóch wyrazów i podrasowany komputerowymi grzmotami. Gdy zaś po raz pierwszy od dobrych paru lat podczas premiery "Dzikiej kaczki" Ibsena udało mi się uświadczyć sztukę utrzymaną w stosownej konwencji artystyczno - estetycznej, w teatrze zebrał się rozemocjonowany proletariat, który zdołał dokonać czynu graniczącego z cudem - zagłuszył namiętny głos spikera, przypominającego o konieczności wyłączenia telefonów komórkowych, co zresztą i tak odniosło niewielki skutek w przypadku posiadaczy aparatów mających mniej wspólnego z telefonem, aniżeli żółw błotny.
Prawdziwe crux interpretatum nastało jednakowoż wraz z wystawianym w studenckim klubie "Reduta" w Krakowie spektaklem wzorowanym na "Tangu" Sławomira Mrożka. Wciśnięty w chyboczący się niepewnie na galeryjce głównej sali fotel, zdany byłem jedynie na rozpaczliwe modlitwy w obliczu tak przemożnego gorąca, iż można by je nieledwie wykorzystać do zawieszenia płaszcza, którego to nie wolno było zostawić w szatni. Próbując bowiem dokonać tego zakazanego czynu, natknąłem się na dygocącego szatniarza, kryjącego się za potężnymi kratami, zamontowanymi najwidoczniej w słusznej obawie przez żądającymi zniżek studentami. Był to widok na tyle przerażający, iż - podobnie, jak większość widzów - dałem za wygraną i poniosłem odzienie wierzchnie ze sobą. Zlany potem, w najwyższym wysiłku zmuszałem protestujący organizm do oczekiwania na dzwonek, który, rzecz jasna, nigdy nie nastąpił, bowiem reżyseria spektaklu przewidziała zabawianie uczestników smakowitymi mixami, zawierającymi wszystkie najgorsze przeboje, jakie kiedykolwiek stworzono, czemu publiczność dała wyraz rozmawiając jeszcze głośniej i błyskając chędogo cyfrowymi wyświetlaczami telefonów komórkowych, o których to wyłączenie tym razem już nawet nikt się nie upomniał.
Scenografia "Tanga" stanowiła najdoskonalszą dominantę "kiczu na scenie", jaką kiedykolwiek oglądały moje oczy, może dlatego, iż była jednocześnie dowodem reżyserskiej maestrii w uwspółcześnianiu sztuki współczesnej. Słynny katafalk, na który Artur z upodobaniem pakował biedną babcię zastąpił czarny stół, który w tamtejszym oświetleniu mógł być równie dobrze futerałem na kontrabas. Po prawej stronie sceny stał wieszak na płaszcze, ukryty za kotarą z przyczyn dosyć oczywistych, zaś nieopodal tegoż stał druciany wózek na złom oraz pudła kartonowe - nieodłączne elementy współczesnej scenografii. Jakże bowiem użyteczne jest kartonowe pudło! Można na nim stanąć, można je komuś wsadzić na głowę - by przemycić w spektaklu choć jedną przyswajalną dla zlasowanych mózgów aluzyjkę - można je podrzeć w akcie bezsilnej złości, można nim wymachiwać w pustej egzaltacji, można w nim ukryć inspicjenta, można w nim wynieść niepotrzebny element scenografii, czy też, wreszcie, można nim rzucić w widownię w rozpaczliwej próbie eksploatacji funkcji fatycznej. Jedynym rekwizytem wykazującym związek z koncepcją Mrożka był stół, dla którego odnalezienie bardziej współczesnego ekwiwalentu było najwyraźniej niemożliwe.
W oderwaniu od Mrożkowskiego "Tanga" doprawdy trudno dociec, kiedy rozpoczęła się sztuka. Osobiście postulowałbym uznanie za jej początek zduszonego krzyku jednego z pracowników obsługi technicznej, stanowiącego właściwie jedyny przykład dobrej dykcji w spektaklu. Niemniej jednak, pierwsza scena przebiegła w zaskakującej zgodności z wizją Mrożka, jeżeli nie liczyć tego, iż babcia wyglądała na dwadzieścia pięć lat, bowiem charakteryzator najwyraźniej nie przewidział, iż o wieku kobiecym nie stanowi wzorzysta chustka, w dodatku co rusz spadająca, a już na pewno nie siwe wąsy. Stomila z kolei zagrał aktor, najprawdopodobniej na swoim koncie mający wyłącznie role epatujących się brzmieniem własnego głosu postaci, co najpewniej przesądziło o jego całkowitej niesłyszalności. Ala została przedstawiona jako roznegliżowana lafirynda, starająca się zastąpić zachrypnięty głos erotycznym altem, co było zajęciem na tyle absorbującym, iż uniemożliwiającym skupienie się na recytacji tekstu dramatu. Artura, zgodnie z tradycją obsady postaci pierwszoplanowych w polskim teatrze, zagrał egzaltowany świr, przedkładający wrzeszczenie wniebogłosy i wybałuszanie oczu nad interpretację mówionego tekstu, co wraz z usiłowaniami przemycenia podpowiedzi dla aktorki grającej Alę stanowiło dość ucieszny prospekt, czego nie doceniła widownia, zajęta słuchaniem subtelnego podkładu techno, w wizji reżyserskiej pełniącego rolę tytułowego tanga. Pomijam w tym miejscu, iż przewijający się u Mrożka motyw tanga jest sui generis alegorią, przeto zastępowanie go jakimkolwiek innym ekwiwalentem przesądza o dyletanctwie interpretatora - przynajmniej w świetle ścisłych zasad rządzących konstrukcjami wertykalnymi w semantyce logicznej. Rychło zresztą motywy techno zastąpiły rytmy hip-hopowe, w których to moi zaufani informatorzy dopatrzyli się dziwnych pauz w miejscach, w których oryginalnie miał płynąć potok przekleństw. Rzecz jasna, w kulminacyjnym dla reżysera punkcie sztuki Ala postanowiłą się rozebrać, co w normalnym biegu wydarzeń powinno skłonić pozostałych do samobójstwa, lecz w tym konkretnym przypadku zakończyło się jedynie zabójstwem ryczącego - jak, nie przymierzając, byk u Kosińskiego - Artura przez Edka Shatterhanda, dotychczas zajętego jedynie sylabizowaniem opisów obrazków w książce o anatomii i może właśnie dlatego najlepiej grającego. W tym miejscu reżyseria już dała upust swojemu wizjonerstwu, co w tym miejscu oznacza: "przygłośniła muzykę, zaś aktorom kazała głośniej wrzeszczeć", przypuszczalnie hołdując wagnerowskiej wizji synkretyzmu sztuk, co musiało najwidoczniej spodobać się widowni, gdyż nagrodziła aktorów gromkimi oklaskami, zaś po spektaklu wygłaszała budujące komentarze w stylu: "Fajne, nie?", "Te, a pamiętasz, jak się rozebrała?", "Idziemy na piwo?" tudzież "Uważaj, (...), gdzie leziesz (...)".
Genetyczny opis przedstawionego zjawiska powinien nastręczać wielu trudności teatrologom i teoretykom teatru, skręcających się w bezsilnych próbach zrozumienia mistyki reżyserskiej maestrii. Nic bardziej mylnego. "Kicz na scenie" okazał się pojęciem niezwykle trafnym, bowiem przypisującym immanentnie negatywnemu leksemowi "kicz" wymowę jak najbardziej pozytywną, obfitującą w światłe wywody na temat symboliki, indywidualizmu percepcyjnego, kultury masowej, komplementarności gnostycznej etc. Zresztą - cóż w tym dziwnego, skoro reżyser bijących rekordy popularności seriali telewizyjnych wykazuje abnegację interpretacyjną bliską empiryzmowi nosorożca, zaś stanowiący jego trupę aktorzy tracą głos pozbawieni zbawiennych mikrofonów w żakietach.
|
| |
|
|
|
|
Absurdalny magazyn satyryczny Satyrykon, chlubny protoplasta niniejszego portalu, został założony z inicjatywy jego założycieli - redaktora naczelnego Diuka Stukpuka Esq. oraz z-cy redaktora naczelnego Matiasa de Śledzia Esq. - w październiku 2005 roku, w szacownych murach wiekowej placówki II Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie za zgodą Dyrekcji i pod kuratelą Wychowawcy. Dzięki koniunkcji dwóch jakże antagonistycznych umysłowości pomysłodawców owego miesięcznika możliwe było stworzenie wieloparametrowego i wielopłaszczyznowego przeglądu wszystkich rodzajów satyry, ujętej w sześciu złośliwych, oryginalnych i następujących działach: Leśny Dziadek i przyjaciele (opowiadania satyryczne), Udany szabas (humor żydowski), Liryka satyryka (poezja satyryczna), Fotosatyrykon (przeróbki fotograficzne), Klub antagonistyczny (forum satyryczne) i Kufer złośliwości (złośliwe niespodzianki). Początkowo Satyrykon miał być jedynie chlubnym dodatkiem do oficjalnej gazetki licealnej, jednakowoż jego redaktorzy spotkali się ze stanowczą odmową, argumentowaną faktem, iż Satyrykon nie chciał publikacji satyrycznych artykułów na tak dowcipne tematy, jak: olimpiada matematyczna, odmalowana aula, silikonowa bransoletka tudzież uzupełniony dzienniczek ucznia. Wiedzieni nieomylnym instynktem satyryków, założyciele Satyrykonu, ukrywszy się pod pseudonimami Diuk Stukpuk Esq. i Matias de Śledź Esq., poczęli tworzyć nową jakość. Po uregulowaniu licznych kwestii fiskalnych, technicznych, praktycznych, formalnych, nieformalnych i jakże niepraktycznych, już styczniu 2006 roku możliwe było przeprowadzenie z wielkim rozmachem kampanii reklamowej na terenie liceum i Internetu, a zarazem wydanie pierwszego numeru Satyrykonu - podówczas comiesięcznej porcji satyry dla inteligencji - informującego o przyszłej zawartości każdego z satyrycznych działów. Począwszy od tego momentu, Diuk Stukpuk Esq. i Matias de Śledź Esq. rozpoczęli mozolny proces wpisywania się w historię swojego macierzystego liceum oraz nie mniej mozolny tok utrwalania Satyrykonu w świadomości społeczeństwa i narodu, dzięki czemu wszystkie plany i założenia redakcyjne zostały wcielone w życie już w marcu 2006 roku wraz z pełnozakresowym wydaniem Satyrykonu oraz dołączeniem forum Klubu Antagonistycznego, w czym redakcja naczelna została owocnie wsparta przez nowoprzyjętego redaktora - Luciusa Regiliusa - obecnie redaktora naczelnego (może dlatego, że jedynego)prywatnego periodyka sarkastycznego Cynik Polski.
Paradoksalnie, wkrótce okazało się, że satysfakcja z udanego założenia i punktualnych, comiesięcznych publikacji nowego magazynu satyrycznego stanowi jedynie prowizorium, albowiem jeszcze w tym samym miesiącu redaktorzy Satyrykonu zostali zmuszenia przez szkolne organy samorządowe do rozpoczęcia procesów defensywnych. Fakt ten zainicjowała nieformalna wizyta prezydenta-elekta liceum, których w prostych i zrozumiałych słowach wyraził opinię vox populi na temat działu dowcipów żydowskich - wspomnianego już Udanego Szabasu. Prezydent-elekt, gubiąc się w słowach, nie potrafił wyjaśnić dokładnie, o co mu chodzi, jednocześnie dając do zrozumienia, że nawet nie zapoznał się z treścią kontrowersyjnego działu, a co gorsza, nawet nie widząc w tym swojej niekompetencji. Statystyczny inteligent zignorowałby podobny przejaw dyletanctwa, jednakowoż z powodu nadmiaru dobrej woli, redakcja Satyrykonu, po konsultacji z prawomocnymi organami swej nobliwej placówki edukacyjnej, zmieniła nazwę działu na obecny Humoroskop. By dodać pikanterii tej oryginalnej kwestii, należałoby dodać, iż w tym samym feralnym marcu 2006 administrator strony szkolnej odmówił publikacji linku i informacji na temat Satyrykonu, opierając się na nikłych przesłankach i nie fatygując się nawet, by sprawdzić ich źródło. Owo jawne nadużycie nie zostało napiętnowane nawet wówczas, gdy Dyrektor Szkoły podpisał oficjalną zgodę na prowadzenie przez Satyrykon działalności satyrycznej na terenie II LO w Krakowie. Co więcej, nie dość, że administrator nie wypełnił swoich obowiązków, to parę tygodni po wydaniu zezwolenia stwierdził, że jest ono przestarzałe.
Nikt jednak nie wystąpił w obronie dobrego imienia Szkoły i Dyrekcji, najwyraźniej uznając, że szkoła z tradycją ma wszelkie predyspozycje ku temu, by bronić się bez ludzkiej pomocy, a samą potęgą swego jestestwa. Redaktorzy Satyrykonu stali się więc mimowolnie świadkami dowcipnego paradoksu prawnego; Satyrykon będąc legalnie uznanym pismem przez Dyrekcję Szkoły, reprezentującą Grono Pedagogiczne, oraz przez swojego Opiekuna, został otwarcie uznany za nielegalny i zapewne z tego powodu jego twórcy nie zostali odczytani wśród znamienitych nazwisk zasłużonych uczniów roku 2006, wśród których znaleźli się notabene autorzy wielce ambitnego pisma Głos Vadera, oficjalnie uznawanego za nielegalny, który zresztą zakończył swą działalność na zmyślnej nazwie. Najwidoczniej legalna nielegalność jest mniej legalna, niż nielegalna legalność. Ostatecznie jednak, w połowie kwietnia 2006 r., redaktorzy Satyrykonu mogli poszczycić się faktem, iż wszystkie kłody rzucane pod ich nogi zostały odrzucone, spory zażegnane, zaś wszelkie kontrowersje rozwiązane sposobem iście gordyjskim. Niestety, nie na długo.
Pewnego dnia zdarzyło się, iż w księdze gości oficjalnej gazety licealnej, o jakże figlarnej nazwie Jajo Sobieskie, pojawił się wpis znieważający imiennie pomysłodawcę, a zarazem redaktora naczelnego Satyrykonu, Diuka Stukpuka Esq. Ponieważ dwa tygodnie oczekiwania na moderatora, administratora, tudzież innego przedstawiciela wewnętrznej cenzury jajecznego magazynu spełzły na niczym, redakcja Satyrykonu postanowiła dokonać interwencji i drogą internetową przesłała list powołujący się na wyciągi z kodeksu karnego, domagając się w nim przeprosin pisemnych za pasywność w kwestii obowiązku usuwania wpisów obrażających osoby publiczne. Otrzymawszy list zwrotny, oznajmiający o przedsięwzięciu przez Jajo Sobieskie zadawalających kroków, redaktorzy Satyrykonu uznali sprawę za niebyłą. Fałszywie rozumowali. Redaktorzy pisma z jajami spreparowali notkę, z której niezbicie wynikało, iż redaktor naczelny Satyrykonu Diuk Stukpuk prosił ich w liście o usunięcie - uwaga! - jego własnego komentarza, obrażającego jego samego i w dodatku podpisanego jego własnym pseudonimem. Zachowanie to można tłumaczyć na wiele sposobów, ale redaktorzy Satyrykonu do dziś nie mogą pojąć przesłanek, które skłoniły redakcję Jaja Sobieskiego, mieniącą się wszakże "prawdą z jajem i bez kitu", do podania fałszywych informacji, rzucania czczych oskarżeń, a nader wszystko do przerzucania ciężaru oskarżenia na oskarżającego. Ostatecznie, po kolejnej interwencji redaktorów Satyrykonu u redakcji Jaja Sobieskiego, Dyrekcji i własnego Rzecznika, redakcja Jaja Sobieskiego uznała się winną i ukorzyła przed milionami swoich czytelników. W tym miejscu wypadałoby nadmienić, iż ostatecznie przeprosiny zostały opublikowane w... maju 2006 r., a więc z dwumiesięczym opóźnieniem, co niezaprzeczalnie dowodzi faktu, iż łatwiej ogłosić się samemu królem, niż woźnym.
Pomimo owocnego zakończenia publikacji pierwszej edycji magazynu "Satyrykon", jego redakcja wciąż pozostawała w cieniu swych ciężkich przewinień, do których długiej listy dodano na początku roku 2007 oskarżenie o skupianie w Collegium redakcyjnym Satyrykonu zbyt małej ilości osób, która to w obliczu tłumnej redakcji jajecznej konkurencji wydawała się licealnej opinii publicznej, bynajmniej nie zaalarmowanej swym nieistnieniem, stanem niemoralnym i podległym gorszącej deprawacji. Odpowiedź Satyrykonu, jak zwykle zresztą, była obojętnie postępowa, co objawiło się przyjęciem nowych redaktorów przy najbliższej sposobności - która to nastała zaskakująco szybko, bowiem po podjęciu decyzji o rozszerzeniu oferty multimedialnej i podniesienia prestiżu strony Satyrykonu. Redakcja Satyrykonu powiększyła się wówczas o felietonistę i specjalistę od multimediów, Pruce'a Wszechmyślącego oraz Urlama Turlama, redaktora nowej kolumny z dowcipami, Humoroskopu. Albowiem już wtedy w myślach redakcji naczelnej poczęły kiełkować plany przemianowania magazynu na portal satyryczny, niepodlegający jurysdykcji organów licealnych i niezależny od humorów snobistycznej społeczności II Liceum. Rychło zresztą, a konkretniej przy każdej kolejnej próbie nawiązania dialogu pomiędzy Collegium redakcyjnym pisma a samorządem II Liceum, początkowo nieśmiałe koncepty odświeżenia oblicza Satyrykonu poczęły stawać się naglącą koniecznością, której to sprostaniu wprost głupotą byłoby się sprzeciwiać, zwłaszcza, gdy podczas kolejnego zakończenia roku magazyn Satyrykon - choć cieszący się już dużą, bo sięgającą dwóch tysięcy, publicznością odbiorczą - ponownie przez władze licealne nie został zauważany, co wziąwszy pod uwagę format reklamujących go plakatów graniczyło z groteską.
Trudno jednak uważać - tu pozwolę sobie na oleistą dyplomację, zwiastującą tak nudne i łzawe zakończenie, iż najlepszą decyzją jest poniechanie jego lektury - tych nieomal trzech lat publikacji magazynu satyrycznego Satyrykon za stracone. Collegium redakcyjne Satyrykonu nie tylko bowiem zgromadziło w tym czasie potężne archiwa publikacyjne, będące wszak fundamentem publicystycznym niniejszego portalu, ale i drogą analiz socjologicznych zebrało cenny materiał wnioskodawczy, pozwalający na określenie preferencji czytelniczych publiczności odbiorczej, które to okazały się być później jednym z głównych czynników wpływających zarówno na formę portalu Satyrykon, jak i na pewne wyznaczniki kategorialne jego kolumn satyrycznych, a w szczególności na zwiększoną ilość przeróbek fotograficznych, grafik, rysunków, filmów i multimediów. Naczelna idea Satyrykonu jednak pozostała: oprócz afirmacji nowoczesnych gatunków satyrycznych Collegium redakcyjne Satyrykonu wciąż skłania się ku zapomnianym już, konwencjonalnym odłamom satyry - obecnie, głównie z uwagi na prymat internetowego futuryzmu na łamach innych, gorszych portali satyrycznych - wykazującym status nie tyle poszkodowanych, ile bodaj całkowicie unicestwionych.
|
| |
|
|
|
|
W ostatnich czasach w IV Rzeczypospolitej Jednego Narodu zwykło się rozwiązywać problemy wzorem Thomasa Hobsona, siedemnastowiecznego angielskiego stajennego, który zwykł w swej wspaniałomyślności wszystkim interesantom przedstawiać jeden i ten sam wybór; albo wezmą konia pierwszego z brzegu, albo żadnego. Kontrowersje polskiej edukacji przedstawiają się na niemal identycznej płaszczyźnie, z koniem włącznie.
Na ów aspekt nakłada się niestety również charakterystyczna dla Polaków uporczywa tendencja do szukania wzorców postępowania - najczęściej, o ironio, w niezwykle okrojonym zakresie - w czasach zamierzchłych, co może niekiedy prowadzić do bardzo ciekawych wniosków, czego nader dramatyczne efekty doskonale widać we współczesnych podręcznikach historii, uparcie uprawiających uczony profetyzm historiozoficzny z pozycji człowieka współczesnego, co nader humorystycznie kontrastuje z prymitywnymi błędami ortograficznymi i nie tylko. Wspomniana tendencja spowodowała tragiczne w skutkach decyzje administracyjne, począwszy od wprowadzenia gimnazjów, nowego nazewnictwa ocen, nowych matur, nowych funkcjonariuszy publicznych, a skończywszy na nowej religii. Dawno, dawno temu bowiem, kiedy żyła jeszcze polska inteligencja, misja katechizacyjna prowadzona była przez kompetentnych, uświęconych przez Kościół i odpowiednio do nauczania religii przygotowanych księży katechetów, powszechnie darzonych szacunkiem i poważanych, na co wskazuje nawet etymologia słowa "katecheta", odpowiadającego wówczas współczesnemu desygnatowi "nauczyciela". Ponieważ jednakże, jak już zostało nadmienione, afirmowane są przez współczesnych albo antywzroce postępowania, albo wzorce niekompletne, ubogie najczęściej w zakres pożyteczny i godzien naśladownictwa, przywrócono nauczanie religii w szkole, zapominając przy natłoku wyimaginowanych problemów o meritum zagadnienia, a mianowicie o księżach, którzy mieliby ową katechezę prowadzić. Owo niedopatrzenie dało o sobie znać w chwili pojawienia się w szkołach armii świeckich katechetów, co oczywiście zostało przemilczane jako dowód na to, iż Polacy najczęściej budzą się z ręką w nocniku, a na domiar złego, nie wiedzą, jak i gdzie ją umyć.
Hasło "religia w szkole" niejednokrotnie powoduje, iż interlokutor nie nadąża ze ścieraniem lejącego się potu z czoła przemoczoną chusteczką i nie może powstrzymać sardonicznego efektu apoplektycznych drgawek, wstrząsających ciałem i lasujących mózg, panicznie bojąc się oskarżenia o nietolerancję, prowidencjalizm, hitleryzm, antysemityzm, ksenofobię, monarchizm, fetyszyzm, deizm, liberalizm, faszyzm, sowietyzm, ahistoryzm, grafomanię, arachnofobię, pantagruelizm, radykalizm, autorytaryzm, rasizm i herezję, słowa-klucze stosowane przez przemyślnych polityków i nie mniej przemyślny a radykalny kler. Nikomu bowiem nawet nie przyjdzie do głowy głębsze rozważenie zagadnienia, które jest zbyt skomplikowane, by sprowadzać je jedynie do tendencyjnej dogmatyzacji i chrystianizmu czy mnóstwa innych tematów zastępczych, przy omawianiu których armie psychologów i socjologów huczą głośno o edukacji etycznej młodzieży, jednocześnie pozostając bezradnymi wobec modnego ostatnimi czasy wieszania się na pobliskich gałęziach. Niemniej jednak katecheci, dostępujący dzień w dzień niemałego zaszczytu edukowania dzisiejszej młodzieży, podejmują heroiczny wysiłek zmierzenia się z kontrowersjami nauczania religii w świeckich placówkach i poświęcają na to aż jedną lekcję, podczas której prokurują symultaniczną dysputę godną scholastyków. Rzecz jasna, ma ona charakter wybitnie tendencyjny a jej konkluzja jest obligatoryjnie skonstruowana tak, aby katecheta miał sposobność przygotowania się do działań dywersyjnych na tyłach ewentualnych opozycjonistów.
Ponieważ wszystkie argumenty zarówno za prowadzeniem religii w szkołach, jak i przeciw temu są raczej powszechnie znane, choćby z racji tego, iż religia w szkole została wprowadzona, pozwolę sobie postąpić równie tendencyjnie, jak katecheta z naszej opowieści i przedstawić argumentację odautorską i empiryczną, bowiem przekazaną Collegium redakcyjnemu Satyrykonu przez osobowe źródło informacji. Ograniczy się ona przeto do przywołania trzech scenek rodzajowych, które co inteligentniejszym czytelnikom Satyrykonu powinny powiedzieć znacznie więcej, aniżeli krasomówcze pustosłowie medialne.
Pierwsza z trzech prezentowanych scenek rodzajowych miała miejsce podczas lekcji religii, jak co tydzień odbywającej się w miejscu do chrześcijańskich pobudek niezwykle skłaniającym, a mianowicie w szkolnej stołówce.Z powodu braku tablicy nie został podany temat, lecz z pierwszych słów wykładu z łatwością można było się zorientować, iż dotyczy on reformacji, toteż początkowo naszemu osobowemu źródłu informacji zdało się, iż na lekcjach katechezy zaprzestano nareszcie pustej demagogii pseudochrześcijańskiej na rzecz przekazywania rzetelnej wiedzy religioznawczej. Nic bardziej mylnego. Marzenie wysłuchania rzetelnie przygotowanego wykładu teologicznego odleciało w siną dal w chwili, gdy wypowiedziany został odważny osąd, jakoby następcami Jeana Calvin byli hugenoci.
Podczas drugiej z trzech prezentowanych scenek rodzajowych uznano, iż jest rzeczą najwyższej wagi zastanowienie się nad koniecznością chrztu w wieku niemowlęcym lub brakiem tejże konieczności w wieku dojrzałym, kontrowersję tą ujmując w formie chytrej tabelki, egzemplifikującej analizowane zagadnienie w prosty a przystępny dla młodocianych przestępców sposób. Z uwagi na pewne trudności w nadaniu dyskursowi właściwego kierunku, w kolumnie "Chrzest w wieku niemowlęcym" pojawiły się jedynie dwa argumenty, a mianowicie: "Czysta dusza" oraz "Grzech pierworodny". Na samozwańczy protest jednego z uczniów - przypadkiem było to nasze osobowe źródło informacji - który w przebłysku inteligencji dostrzegł w dwóch przytoczonych wypowiedzeniach cień sprzeczności, nauczyciel prowadzący wykrzyknął oburzony: "Nie rób z nas idiotów!", jednocześnie energicznie próbując zgasić gorejącą czapkę.
Podczas trzeciej, ostatniej z trzech prezentowanych scenek rodzajowych, katecheta podjął się interpretacji Kazania na górze, co przy jego filozoficznej abnegacji, przejawiającej się choćby przypisywaniem ideowej drabinie Plotyna charakteru buńczucznej herezji, było czynem iście prometejskim, bowiem owocującym tak wysmakowanymi konstatacjami, jak na przykład: "W błogosławieństwach mówi się do liczby mnogiej" tudzież "W miejsce błogosławionego wstawiamy szczęśliwy i mamy wtedy takie twarde uczucie, ale, ale właśnie w ten sposób".
Jest niemal całkowicie pewne, iż statystyczny zjadacz chleba zbagatelizowałby całe zagadnienie, zarzucając w swej krótkowzroczności autorowi niniejszego felietoniku, iż jest on podłym i bezczelnym heretykiem, rzucającym się na świętość Kościoła i bluzgającym błotem na Bogu ducha winnych katechetów, popełniających przecież li i jedynie drobne błędy gramatyczne. W istocie jednak powinno się bić na alarm, iż opinie laickich ignorantów kreują współczesną rzeczywistość polityczną, kulturową i religijną, walnie przyczyniając się do drastycznego spadku potencjału intelektualnego, czego najbardziej wyrazistym dowodem jest fakt, iż mało kto uświadamia sobie, że tolerowanie przez Kościół świeckiego systemu nauczania religii w szkołach "gimnazjalnych" i "ponadgimnazjalnych" paradoksalnie mierzy w niego samego, negując sens posłannictwa ewangelicznego poprzez uszczuplanie grona jego odbiorców, bowiem - nie oszukujmy się - co inteligentniejszy człowiek zrezygnuje z wysłuchiwania podobnych bredni i wykorzysta swój cenny czas w o niebo bardziej korzystny sposób, ot, choćby na czytanie inteligentnych felietonów na łamach ambitnych portali satyrycznych. Kościół polski zaś, wiedząc, iż niewielu uczniów szkół "gimnazjalnych" czy "ponadgimnazjalnych" spożytkuje zyskany na zwolnieniu z lekcji religii czas na modlitwę, post, a już zwłaszcza jałmużnę, powinien przedsięwziąć stanowcze kroki, zmierzające ku temu, by nie głosić w przyszłości Słowa Bożego do bandy zniewieściałych kretynów.
|
| |
|
|
|
|
Najnowszy mój felieton
Przekaz interteksutalny w sztuce i literaturze uwarunkowany jest koherentnym bytem indyferentnych paradygmatów kulturowych, warunkujących akt komunikacji rysujący się na linii relacji nadawczo-odbiorczych w sposób tak doskonały, iż mogący być przyrównanym jedynie do pieczołowitego a systematycznego pucowania stajni Augiasza przez antycznych herosów. Podobnie jednakowoż jak heroiczność bohaterów antycznych niezbyt pomaga w pozbywaniu się smrodu stajennego, tak i trudno w dzisiejszej teatrologii wyzbyć się wstrętu na widok żałosnych pseudonaukowych manipulacji w obrębie aparatu terminologicznego, usiłującego gorączkowo ogarnąć szmirowate produkcje lat współczesnych, w których nie tylko razi niedoskonałość aranżacji, ale i brak dykcji aktorów przyzwyczajonych do plucia w mikrofon na planach tasiemcowatych seriali telewizyjnych.
Długo by się zastanawiać nad przyczyną tak nagłego spadku poziomu realizacji sztuk, jednakże w tym przypadku, jak zwykle bywa, najprostsza odpowiedź jest najlepsza i, co więcej, prawidłowa. Przez wieki do teatru chodzono w ściśle określonym celu. W starożytnej Grecji spektakl teatralny był integralnie związany z podłożem religijno-wyznaniowym i stąd zapewne taka mnogość traktatów filozoficznych, wykazujących duże zainteresowanie interakcjami odbiorczymi w kontakcie z aktorami i formułujących na poczet ich wiernej deskrypcji wiele pojęć z dziedziny ontologiczno-mistycznej, spośród których najznamienitszą zdaje się być arystotelesowska katharsis. W dobie średniowiecza rozwinął się gatunki podległe indoktrynacji kleru - moralitety, misteria i mirakle - które notabene przyczyniły się nie tyle do rozwoju teatru, co do degradacji jego pierwotnego wymiaru i rozwoju. Trzeba było dopiero długich lat, by stratę ciemnych wieków zrekompensował renesansowy rozwój form dramatycznych, święcący swój tryumf wraz z pojawieniem się formy teatru elżbietańskiego. Barok znowuż przyniósł regres, głownie z powodu oscylacji wokół doktryn marynistycznej ornamentacji stylistycznej, którą to później odrzuciły rewolucjonizujące nurty XIX wieku, zapowiadające diachronicznie rzecz ujmując drugi renesans formy dramatycznej. W tym miejscu należy błyskawicznie przerwać periodyzację, bowiem doprowadzić może ona jedynie do przytaczania eschatologicznych wypocin teoretyków teatru, upatrujących we współczesnych formach dramatycznych znamiona nieomal idylli, czego autor niniejszego felietoniku parodystycznego z całego serca i duszy swojej pragnie uniknąć, na rzecz dokonania odautorskiej analizy typów odbiorczych we współczesnym teatrze - rzecz jasna, bynajmniej nie owocującej pozytywnymi wnioskami.
Podzielmy adresatów dramatycznych na trzy grupy. Pierwszą grupą będzie Ach-Ta-Dzisiejsza-Młodzież, która wybiera się do teatru jedynie w ramach wyjścia klasowego, o które notabene wysoce trudno, głównie z uwagi na dowcipne podejście ich opiekunów, brzydzących się wydatkami na kulturę wysoką i w tym chociaż zakresie całkowicie zgodnych z władzami szkolnymi. W tym jednakowoż przypadku, o ile z punktu widzenia wychowawców wyjście ma na celu dokształcić i poszerzyć horyzonty badawcze Ach-Tej-Dzisiejszej-Młodzieży, o tyle czyni jej jedynie ucieszny prospekt perspektywą opuszczenia nudnych zajęć szkolnych. W obliczu tej idei, w której ochoczo jednoczą się nawet najbardziej kaprawe serca uczniowskie, nawet osoby wyraźnie zainteresowane sztuką muszą poddać się ogółowi, jeżeli nie z powodu słabości lub konformizmu, to z powodów czysto technicznych. Bowiem kiedy rozjuszona zgraja, przeżywając ekstazę związaną z przechytrzeniem nauczyciela chemii, wpada do teatru, nikt już nie ma możliwości skupienia się na płaszczyznach semantycznych, ba - po cóż szumne słowa? Bodaj dałoby się chociaż przyjrzeć scenografii czy posłuchać efektów dźwiękowych (bo o muzyce, w obliczu doniosłego faktu, iż Jennifer Lopez wygląda seksowniej, aniżeli Bach w peruce, już nie sposób marzyć). Niestety. Trzeba skupić się na sąsiedzie, strzelającym gumą do żucia w znajomego, siedzącego pięć rzędów niżej, lub koleżance wyraźnie zalecającej się do owego kolegi, tym samym dając mu do zrozumienia, iż ów wyraz heroizmu wielce jej imponuje. Taki delikwent, w obliczu nagłego skoku testosteronu i innych płynów ustrojowych, zmienia obiekt gumowego zainteresowania na sympatycznego pana pod krawatem i na krześle sześć rzędów niżej lub od razu na zachwyconą jego zdumiewającą precyzją sąsiadkę. Niesamowitych wrażeń dostarczają także otwierane paczki chipsów, dyskretnie siorbane napoje gazowane, zaś nade wszystko polifoniczne dzwonki w telefonach komórkowych - jedynych źródłach muzyki klasycznej, na wszelki wypadek elektronicznie zmodyfikowanej, by przypadkiem nie razić delikatnych uszu Ach-Tej-Dzisiejszej-Młodzieży. Shakespeare nawet nie marzył o tym, iż monolog jego bohatera tak silnie będzie oddziaływał na publiczność, że niejedna osoba postanowi "nie być" i udać się z pozostałymi do pobliskiego szynku. Podobnie Mrożek popełnił potężny błąd, nie biorąc pod uwagę, iż hip hop może dalece doskonalej oddać problematykę komunizmu, niż tango. Nie mówiąc już o Słowackim, niepotrafiącym w swej abnegacji artystycznej przewidzieć, iż huk grzmotu o wiele doskonalej można wyrazić donośnym tupnięciem, czy też Tuwimie, który w najśmielszych przypuszczeniach nie przewidziałby, iż z awangardę wciąż można zsublimować w nad-awangardę.
Wszystkie te czynniki są wielkim utrudnieniem dla drugiej grupy widowni, stanowiącej grono osób w wieku podeszłym, przywołanego już przy okazji opisu sympatycznego pana pod krawatem i na krześle, który zapewne ostatni raz był na Ożenku parędziesiąt lat wcześniej, tymczasem po dwudziestu minutach szampańskiej zabawy na wysokim poziomie odkrył gumę do żucia w swych i tak już mocno przerzedzonych włosach. Kto wie, może przed wypadem do teatru odwiedził ów mężczyzna fryzjera, może kupił sobie nowy krawat, a może nawet zabrał swą żonę na kolację do drogiej restauracji, zaś owa żona siedzi teraz obok niego. Jakże taki poniżony w oczach całego świata człowiek może kontynuować marszrutę w aluzje i warstwy znaczeniowe sztuki? Graniczy to z cudem. Żeby tego było mało, mężczyzna ów może zareagować dwojako: przemilczeć i potraktować precedens z gumą jako nieszczęśliwy wypadek lub udzielić na forum widowni reprymendy bezczelnemu smarkaczowi, zachwyconego lubieżnymi spojrzeniamikoleżanek z klasy. W przypadku drugim ma szansę jedynie poszerzyć grono zaangażowanych w spór, jako że z pewnością kolejny smarkacz, chcąc podobnie zaistnieć wśród płci przeciwnej, ciśnie w mniej już miłego pana pod krawatem i cudem wciąż na krześle kolejną gumą do żucia, bądź, gwoli wspięcia się na wyżyny własnego intelektu lub pod wpływem olśnienia jednym z chędogo błyskających w stronę widowni reflektorów, dwiema gumami do żucia. To znowuż może zaangażować reprezentantkę trzeciej grupy widowni.
Trzecią grupę stanowi inteligencja, przybyła do teatru w nadziei odnalezienia pewnych sugestii interpretacyjnych. Naszą reprezentantką może być sąsiadująca z panem z dwiema gumami do żucia, poplamionym krawatem i krzesłem pani w wieku srednim, nosząca okulary, i zza szkieł mierząca surowym wzrokiem miotający gumami do żucia plebs, w heroicznym zamiarze przemówienia do jego rozumu, funkcjonującego na zasadach zbliżonych do świadomości roju pszczół. Nie dość więc, że nasza pani w okularach nie może skupić się na oglądanej sztuce, zostaje w bezpardonowy sposób poniżona przez obojętną smarkaterię. To zaś zwrócić może uwagę innego reprezentanta grupy trzeciej, za którego alegorię uważa się autor niniejszego felietoniku. Jakże bowiem może się czuć młody człowiek o potencjale intelektualnym dalece wyższym - nawet w ujęcu arytmetycznym - niźli jego najbliższe otoczenie? W takiej osobie rozpoczyna się psychomachiczna walka pomiędzy dojrzałym mężczyzną, a zawstydzonym nastolatkiem, który boi się wyjść na durnia przy innych nastolatkach, to zaś skutecznie odrywa jego uwagę od spektaklu, przykuwając ją do dywagacji nad ludzką egzystencją.
Wyraźnie widzimy przebieg deprecjacji podstawowych wartości w teatrze, w którym wysublimowane interakcje nadawczo-odbiorcze być może zostały zachowane, ale w formie skutków spółek tych kukułek, implikujących szereg dalszych, jakże destrukcyjnie na odbiór inteligentny wpływających, aspektów. Aktor, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie obserwuje go nikt, z pewnością nie jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Podobnie się sprawy mają ze scenografem, reżyserem, operatorem dźwięku i wszystkimi, którzy biorą udział w tworzeniu przedstawienia. I w tym miejscu dochodzimy do problemu zasadniczego. Co robi aktor, na którego nikt nie patrzy? Zwraca na siebie uwagę. Co robi reżyser? Zmienia scenariusz. Operator dźwięku? Zmienia muzykę. Scenograf? Scenografię. Wszystko zaś tylko i wyłącznie po to, by przykuć uwagę widowni. Reżyser dobrze wie bowiem, kto jest sprawcą rozprężenia - stara się przeto dotrzeć właśnie do grupy umownie przez nas nazwanej pierwszą poprzez wprowadzanie licznych wulgaryzmów, seksistowskiej erotyzacji, ścieżek dźwiękowych z najnowszych list przebojów etc. Wszystko to zaś w efekcie przybiera formę tak dalece karykaturalną, iż z pierwotnie zamierzonej aranżacji tworzona jest zupełnie nowa sztuka.
Dziwnym jest fakt, że ta nowa sztuka nie jest tworzona od podstaw, lecz stanowi zbiór zubożałych aranżacji dzieł dawnych mistrzów. I rozwiązaniem tego irytującego aliażu może być jedynie sprzeciw wobec idiotycznej terminologii teatrologicznej, określającej tak destruktywne przejawy degrengolady chytrym pojęciem "kicz na scenie".
|
| |
|
|
|
|
 |
 |
| |
 |  |  |
|
Materiały publikacyjne Satyrykonu ar- chiwizowane są po upłynięciu dwunas- tomiesięcznego okresu ich emisji na ła- mach portalu. Archiwalne felietoniki pa- rodystyczne redaktorów prowadzących dostępne są po ich pobraniu na dysk w formacie skompresowanym RAR.
|
Aktywnie udostępniane wiadomości o nowościach publikacyjnych Satyrykonu.
|
Redaktor naczelny Satyrykonu Diuk Stukpuk Esq.
Z-ca redaktora naczelnego Satyrykonu Matias de Śledź Esq.
Red. Pruce Wszechmyślący
Red. Urlam Turlam
|
 |
|
|
|
 |
|